Borsuk po wiedeńsku

Jadąc sobie o drugiej w nocy przez Wiedeń, można natknąć się w śródmieściu na przechodzącego przez jezdnię borsuka. Słowo daję, zdawał się być zdziwiony bardziej mym zdziwieniem, niż swoją obecnością w środku wielomilionowej stolicy.

Wiedeń jest miastem bardzo zielonym. Jesteśmy przyzwyczajeni do mówienia o Wilnie jako zielonym grodzie, ale te procenty terenów zielonych wynikają z włączonych w granicę miasta lasów. Żywopłotów, drzew w pasach zieleni tras przelotowych i obwodnic, zadbanych krzewów i parków u nas jednak nie tylko jest niewiele, ale też się te połacie kurczą na skutek „zagęszczania” zabudowy przez przyjezdnych, czołobitnie hołdujących patodeweloperom włodarzy miasta.

Spacerujący śródmieściem Wiednia borsuk wskazuje na fakt, że ma on tam i gdzie mieszkać, i czym się zajmować całkiem spokojnie, bez wadzenia ludziom. U nas usychają zabetonowane drzewa, a ze zwierząt spotkać można tylko szczury, dla których wkopane w ziemię megakontenery na wywożone możliwie najrzadziej śmieci – są idealnym siedliskiem.

Stołeczny samorząd, korzystając z możliwości współpracy międzynarodowej, mógłby sięgać, dla odmiany, po dobre praktyki innych europejskich stolic. Jeśli chodzi o zieleń miejską – niech chociaż zacznie. Bo na razie Wilno nie tylko nie jest przyjazne dla borsuków i drzew, ale się też robi coraz mniej zdatne dla ludzi. A szczury i karaluchy gospodarki budować nie będą, cokolwiek by architekci miejscy sobie nie wyobrażali.