Syndrom postkolonialny

Bułgarski politolog Iwan Krastew, wskazując na jedną z podstawowych różnic między tzw. starą a nową Unią, zwrócił uwagę na to, że niemal wszystkie państwa Europy Zachodniej w przeszłości zniewalały lub kolonizowały inne ludy, natomiast wszystkie kraje Europy Środkowej i Wschodniej same były zniewalane lub okupowane. To podstawowe doświadczenie historyczne przekłada się na pamięć zbiorową i kulturę polityczną całych społeczeństw.

Można powiedzieć, że wpisuje się ono niejako w DNA danego narodu. Idąc tym tropem, można zrozumieć, skąd się bierze z takim trudem ukrywane poczucie wyższości elit Zachodu wobec ludzi ze wschodniej części naszego kontynentu. Z jednej strony na każdym kroku przepraszają one za historyczne grzechy kolonializmu, rasizmu i imperializmu swoich krajów (np. każą klękać piłkarzom na stadionach przed meczami), a z drugiej – nie przestają patrzeć z góry na ubogich krewnych z Europy Środkowej, wciąż ich pouczając, strofując i strasząc karami. Klasycznym przykładem chłopców do bicia, besztanych za to, że ośmielają się prowadzić inną politykę niż Zachód, są Polska i Węgry. W naszym regionie z kolei wśród mieszkańców ścierają się ze sobą dwie zasadnicze postawy, również wynikające z historycznego doświadczenia. Pierwsza z nich reprezentuje syndrom postkolonialny. Jej przedstawiciele starają się we wszystkim przypodobać zachodnim metropoliom, uznając, że Bruksela, Berlin czy Paryż zawsze mają rację i należy im się bezwzględnie podporządkować.

Tego typu postawa wynika zazwyczaj z kompleksu niższości wobec Zachodu lub poczucia własnej słabości, każącej poszukiwać silniejszego protektora. Odmienne stanowisko prezentują natomiast ci, którzy nie godzą się na brak podmiotowości i próbują wywalczyć dla swoich narodów jak największy zakres niezależności. Jeżeli państwa, które przez wieki nawykły do dominacji, będą narzucać swoją wolę krajom, które mają wieloletnie doświadczenie bycia zdominowanymi przez silniejszych, wówczas przyszłość integracji europejskiej stanie pod znakiem zapytania. W swojej książce „Duch pyszny poprzedza upadek. Rozważania o naturze procesu rozpadu unii” politolog Przemysław Żurawski vel Grajewski opisał, jak upadały m.in. unia kalmarska (związek Danii, Szwecji i Norwegii) czy Jugosławia (federacja Serbów, Chorwatów, Słoweńców, Bośniaków, Czarnogórców i Macedończyków). Oby Unia Europejska nie weszła na podobną drogę.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 40(115) 02-08/10/2021