„Zacofanie” Olity za wzór

Olita, po litewsku Alytus, to takie miasto po drodze do Polski, znane za sowieckiej okupacji z prefabrykowanych „alituskich domków”, a obecnie też z faktu posiadania mera, który był didżejem, a teraz go wszyscy chwalą. Zacofane miejsce, chociaż jest tam stacja z dobrą kawą, ale gdzie im do stołecznego Wilna, co nie?

Nic bardziej mylnego. Olita ma dużo do zaoferowania, zarówno jeśli chodzi o widoki (niezwykły rezerwat przyrody tuż pod bokiem!), jak i w sensie ciekawych historii i doświadczeń. Proszę sobie wyobrazić — mieszkańcy uskarżali się na tłok na jednej z głównych ulic miasta, ulicy Nowej. Chcieli ją poszerzyć, ale na przeszkodzie stał wąski przejazd kolejowy. Co się okazało, samorząd porozumiał się z koleją, pozyskał pieniądze, ogłosił przetarg i wykonawca w ciągu roku dokonał rekonstrukcji mostu kolejowego oraz poszerzenia ulicy do czterech pasów ruchu.

Rzecz się stała absolutnie skandaliczna. Roboty ukończono na czas, nie zarobiła chyba ani grosza kochanka, żona czy konkubina mera, a jeżdżenie samochodem stało się wygodniejsze. Czy do wyobrażenia jest coś takiego w rządzonym przez siły postępu Wilnie? Raczej nie bardzo. U nas ulice się zwęża („humanizuje”) według projektów firmy żony mera czy tam może innej koleżanki, o ruchu samochodowym się myśli tylko w kategoriach utrudnienia kierowcom życia, zaś nawet jak się już jakieś prace rozpocznie, to trwają bez końca (o czym zaświadczyć mogą choćby mieszkańcy Landwarowa), a jak się już skończą, to z infrastrukturą wołającą o pomstę i przeprojektowanie (jak skrzyżowanie na Lipówce). Może jednak warto się „cofnąć” w rozwoju i pouczyć od Olity?