Wymrzeć dla ratowania planety

Pod hasłami ratowania planety odbywają się kolejne „szczyty klimatyczne”, coraz wulgarniej wypowiada się już niemałoletnia Greta Thunberg i gretopodobne produkty tych samych speców od PR, coraz głupsze wymyśla się sposoby na ratowanie Ziemi poprzez rujnowanie europejskiej gospodarki. Wszystko na próżno. Mianowicie, planeta zmiany klimatu przetrwa. Ziemia ma dobrych kilka miliardów lat, w ciągu tego czasu przetrwała i lodowce, i ocieplenia, i meteoryty, i wulkany. Radykalnych zmian klimatu możemy nie przetrwać jako ludzkość. Ale to zdaje się „ratownikom planety” nie przeszkadzać.

Propozycje neutralizacji emisji i sposób ich wdrażania uderzają przede wszystkim w najbardziej wrażliwe warstwy społeczeństwa. Ludzie, których nie stać na elektromobile (które wcale nie są tak ekologiczne i zeroemisyjne, jak się reklamuje), będą uderzeni po kieszeni tak, że nie będzie ich stać już na nic. Grzejący domy węglem z dnia na dzień mają zostać bez ciepła. Co gorsza, stosunek „elit” do tych ludzi, stanowiących przecież u nas większość populacji kraju, przypomina pogardliwy komentarz w stylu: „Nie stać ich na chleb — niech jedzą ciastka!”.

Bez wątpienia, przeciwdziałać zmianom klimatu trzeba, a niska emisyjność gospodarki w przyszłości będzie naszym atutem. Ale nie wolno dążyć do tego w sposób nieracjonalny i nieprzemyślany, który spowoduje, że się sami zarżniemy — zwłaszcza, że najwięksi emitenci gazów cieplarnianych, jak Rosja czy Chiny, nie zamierzają umierać dla ratowania planety.