Konsekwencje fałszywego współczucia

Granicę z Polską zaczęły szturmować regularne tłumy migrantów, sprowadzanych na Białoruś z Bliskiego Wschodu. Jak się okazuje — teraz regularne loty transportują ich z Syrii, rządzonej przez wspieranego przez Rosję Baszara Assada. Nie jest też tajemnicą, że za atakiem migracyjnym wobec naszych państw nie jest Białoruś, tylko Rosja, która uczyniła sobie z niej, za sprawą Alaksandra Łukaszenki, tępe narzędzie swojej imperialnej agresji.

Podobnym narzędziem, uskuteczniającym tę agresję, są wszystkie protesty nawołujące o otwieranie granic, ci wszyscy ludzie, którzy rozpowszechniają kłamstwa o polskich czy litewskich funkcjonariuszach, bijących biednych uchodźców czy rzucających nimi nad dwumetrowym płotem.

Na równi z adwokatami gazociągów Mord Stream 1 i 2, bo to dzięki nim Rosja ma pieniądze i bezkarność do robienia tego, co robi — to właśnie ci ludzie odpowiadają za skuteczność ataku migracyjnego i za to, że na polską granicę napiera dziennie tylu migrantów, ilu na Litwę wkroczyło nielegalnie w ciągu trzech miesięcy.

Współczucie wobec cierpiących jest naturalnym i szlachetnym uczuciem. Ale kiedy oskarża się i domaga czegoś od własnego państwa, zamiast żądać odpowiedzialności i zaprzestania od sprawcy cierpienia, który przecież jest znany — to się nie przyczynia do ukrócenia cierpień, tylko pogłębienia problemu. I widać teraz doskonale, jakie są konsekwencje chociażby niedzielnych protestów i podziałów, które takie akcje budują.