Wejście smoka!

Nazywa się podobnie do Bruce’a Lee, bohatera przywołanego w tytule kultowego filmu z lat 80. Z porównań do niego potrafi żartować. „Moi znajomi stwierdzili, że w swoim stylu gry rzeczywiście go przypominam, bo gram bardzo energicznie, dużo się ruszam. Może pewnego dnia wezmę lekcje karate? Kto wie”.

Bruce Liu, bo o nim mowa, aktorem jednak nie jest. Jest wybitnym pianistą, świeżo upieczonym zwycięzcą konkursu chopinowskiego. Uczniem wietnamskiego mistrza Dang Tai Sona, zwycięzcy tegoż konkursu z 1980 r. Liu pochodzenie ma chińskie, urodził się w Paryżu, a reprezentuje Kanadę. Ta mieszanka różnorodności zrodziła artystę, który na faworyta wyrósł w Warszawie już po pierwszym etapie. W kolejnych tylko potwierdzał genialne przygotowanie i talent.

Cały jego występ na konkursie był popisem sztuki, umiejętności, wyczucia muzyki Chopina. Zwyciężył bezapelacyjnie. Jego interpretacje zachwyciły wszystkich. Nie natrafiłem na choćby jeden głos, który werdykt jury by podważał. To niezmiernie rzadkie. Eksperci zgodnie podkreślali, że to pianista kompletny, dysponujący fenomenalną techniką, która pozawala mu wydobywać z fortepianu niesamowite barwy. Po ogłoszeniu wyników miałem przyjemność wziąć udział w spotkaniu Bruce’a z dziennikarzami. Zachwycił mnie naturalnością i skromnością.

Nie natrafiłem na choćby jeden głos, który werdykt jury by podważał. To niezmiernie rzadkie. Eksperci zgodnie podkreślali, że to pianista kompletny, dysponujący fenomenalną techniką, która pozawala mu wydobywać z fortepianu niesamowite barwy.

„To była niesamowita przygoda móc grać Chopina na scenie Filharmonii Narodowej w Warszawie z tak wspaniałymi ludźmi. To wielkie przeżycie, brak mi słów. Możliwość grania Chopina w Warszawie to jedna z najlepszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić, więc jestem naprawdę zaszczycony” – mówił.

Sam spytałem go krótko o to, co czuje po konkursie. Odpowiedział jeszcze krócej: zmęczenie. Trudno się dziwić. W krótkim czasie, podobnie jak pozostali finaliści, musiał wystąpić czterokrotnie w niełatwych programach. Zmierzyć się z presją publiczności, jurorów, własnych emocji, oczekiwań i nadziei. To olbrzymie wyzwanie.

Sprostał mu najlepiej ze wszystkich. Po spotkaniu jestem pewien, że Bruce Liu będzie, a właściwie już jest wielką gwiazdą. Że nie były czcze moje słowa zapowiadające narodziny takowej w felietonie na rozpoczęcie konkursu. Satysfakcja jest jednak tym większa, że oprócz zwycięzcy toczona na niebywale wysokim poziomie rywalizacja pianistów zrodziła w Warszawie jeszcze przynajmniej kilka innych gwiazd. Alexander Gadjiev, Kyōhei Sorita, Martin García García, Aimi Kobayashi, Jakub Kuszlik, Leonora Armellini, Jun Li Biu, Eva Gevorgyan. Warto zapamiętać te nazwiska.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 44(127) 30/10/2021