Nigdy się nie poddawaj

Podczas zamknięcia tegorocznych igrzysk paraolimpijskich w Tokio flagę narodową Filipin niósł 30-letni pływak Ernie Gawilan – sportowiec pozbawiony nóg i połowy lewej ręki. Kończyny stracił nie podczas wypadku, lecz zostały mu one wyrwane żywcem w trakcie aborcji, którą udało mu się przeżyć. Chłopiec został wcześnie osierocony, ponieważ zaraz po urodzeniu ojciec porzucił rodzinę, a matka zmarła, gdy miał zaledwie pięć miesięcy.

Dzieckiem zaopiekowali się dziadkowie, bardzo go wspierając, jednak Ernie z powodu swego kalectwa doznawał częstych szykan od rówieśników w szkole. Sytuacja zmieniła się, gdy miał dziewięć lat. Wówczas zwrócił na niego uwagę biznesmen Vicente Ferrazzini, który poradził dziadkom, by wysłali wnuka do ośrodka dla młodzieży niepełnosprawnej prowadzonego przez zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Maryknoll. W katolickiej placówce chłopiec odkrył pasję do pływania.

Zauważył, że kiedy przebywa w wodzie, jego kalectwo staje się niezauważalne i jest w stanie rywalizować z osobami w pełni sprawnymi fizycznie. W pewnym momencie został zauważony przez trenera Marka Jude’a Corpuza, który powołał go do reprezentacji dla osób niepełnosprawnych. Podczas pierwszych zawodów, w których wziął udział, chciano go zdyskwalifikować, ponieważ zapomniał kąpielówek, jednak ostatecznie wystartował w dłuższych spodenkach i – chociaż krępowały mu one ruchy – zajął drugie miejsce.

W jednym z wywiadów wyznał: „W rzeczywistości Bóg mnie nigdy nie opuścił. Dał mi życie, o jakim nigdy bym nie marzył”.

Z czasem zaczął występować na całym świecie, zdobywając łącznie kilkanaście medali. Był m.in. pierwszym filipińskim zawodnikiem, który zdobył złoty medal na Azjatyckich Igrzyskach Paraolimpijskich w 2018 r. w Dżakarcie. Dzięki siostrom nie tylko odkrył swą sportową pasję i nauczył się przezwyciężać słabości, lecz także zyskał wiarę.

Wcześniej nie interesował się Bogiem, ponieważ obwiniał go o swoje kalectwo i samotność. Dzięki wspomnianym zakonnicom doświadczył jednak spotkania z Jezusem.

W jednym z wywiadów wyznał: „W rzeczywistości Bóg mnie nigdy nie opuścił. Dał mi życie, o jakim nigdy bym nie marzył”. Innym razem powiedział: „W życiu powinniśmy być wojownikami i powinniśmy być szczęśliwi, że możemy oddychać w każdej sekundzie”.

Dziś stać go nawet na gorzką ironię, gdy mówi, że już w łonie swej matki musiał być dobrym pływakiem, skoro uciekł przed morderczymi szczypcami abortera. Przede wszystkim stać go jednak na wdzięczność, gdyż potrafi dziękować Bogu nawet za swoją niepełnosprawność. 


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 44(127) 30/10/2021