Czy naprawdę potrzebne są media na granicy?

Jest dużo narzekania, że sytuację z granicy z Białorusią naświetlają tylko propagandowe media rosyjskie, zaś brakuje informacji z mediów „naszych”. Nie jest to prawda.

Zanim wprowadzono na Litwie stan wyjątkowy i media mogły do woli jeździć na granicę, nie było zbyt wielu do tego chętnych – główny nurt wolał pracować „zdalnie”, z wileńskiej bańki informacyjnej. W Polsce zaś były i takie przypadki, które się na granicę wybrały tylko po to, żeby przywozić i filmować indywidua wyzywające i poniżające polskich strażników granicznych albo żeby publikować ich wizerunki i dane osobowe. Brak tego rodzaju „korespondencji” nie jest stratą – jest korzyścią.

Co ciekawe, nie brakuje informacji z granicy polsko-białoruskiej w tych mediach, które nie zamknęły się w informacyjnej bańce ani nie uległy pokusom „nowoczesności” – które zachowały zaufanie swoich czytelników, mieszkających przy granicy i przesyłających swoje materiały oraz informacje. Okazało się, że obrażanie czytelników czy wrogie traktowanie własnego kraju w pracy dziennikarskiej nie pomaga. Któż by się spodziewał.

Dziennikarstwo powstało jako instrument w dążeniu do prawdy. Nie do uprawiania aktywizmu i atakowania własnego narodu. Jeśli nie pełni tej roli – takie media nie są potrzebne. Ani na granicy z Białorusią, ani na procesie prześladowanego Kyle’a Rittenhouse’a w USA, ani nigdzie indziej.