Historia est magistra vitæ

Polibiusz, za nim Hegel, a w końcu Marks twierdzili, że historia się powtarza. Oby nie powtórzyła się teraz i przyszłość Unii Europejskiej nie poszła torem Imperium Rzymskiego, wiele bowiem na to wskazuje.

Imperium Rzymskie upadło z wielu przyczyn, podstawowe: najazd germańskich plemion, gnanych azjatyckimi koczownikami rodem z Chin, osłabienie armii, zależność od germańskich foederati (sprzymierzeńcy, dostawali ziemię w zamian za obronę państwa, ale często to oni okazywali się największym zagrożeniem), utrata w państwie woli walki, brak rekrutów, regres gospodarczy, psucie pieniądza, biurokracja, prywata urzędników, przepaść pomiędzy instytucjami państwa a szerokimi rzeszami ludności, upadek cnót i rozkład elit, wreszcie brak wybitnych wodzów. Do tego trzeba dodać depopulację Italii, głównie z powodu chorób. Spoglądając na obecną Unię Europejską, nietrudno dostrzec podobną sytuację. Armie państw UE są liczebnie słabe, za wyjątkiem nowych członków Wspólnoty (to my jesteśmy tymi foederati…). Jednym z istotnych parametrów zdolności do prowadzenia wojny (prawdziwej, a nie pseudowojny czy wojny hybrydowej, które to określenie z lubością powtarzają ciasnogłowi politycy) jest liczba czołgów w siłach zbrojnych.

Polska posiada ich ponad 1 000, Grecja ok. 1 300, Rumunia 800, Bułgaria 500 i dopiero teraz są Niemcy – 400 (Rosja natomiast 20 000). Prawdziwa militarna siła, jak widzimy, jest u współczesnych foederati – tak też było i w końcu istnienia Rzymu. O ile technologie militarne w UE jeszcze gdzieniegdzie się zachowały, to woli walki i zdecydowania w obronie swoich granic w brukselskich salonach się nie obserwuje, tak samo wielkość europejskich sił zbrojnych jest daleko niewystarczająca. Gospodarczo Europa wygląda jakby nieźle (Rzym też był wyżej rozwinięty niż hordy barbarzyńców), ale nie wiedzieć czemu w ostatniej naszej strategii bezpieczeństwa narodowego znalazło się stwierdzenie, że szybki rozwój Chin zagraża gospodarce europejskiej. Instytucje europejskie już teraz oddalają się od szerokich rzesz ludności, a co będzie, gdy przyjdzie potrzeba drastycznego pogorszenia poziomu życia z powodów klimatycznych? Depopulacja krajów UE jest faktem, szczególnie w czasach pandemii. Czy mamy przywódców miary Juliusza Cezara, Ottona von Bismarcka, Winstona Churchilla, Margaret Thatcher, François Mitterranda czy Helmuta Kohla? Zdecydowanie nie i w bliskiej przyszłości jakoś nie widać. A czasy idą ciężkie.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 48(138) 27/11-03/12/2021