Stracone nadzieje

Mój felieton w magazynowym wydaniu „Kuriera Wileńskiego” jest opatrzony nazwą rubryki „Wileński obserwator”. Dzisiaj jednak będzie nie o Litwie, ale o Kaukazie. Pod koniec października wraz z żoną wybraliśmy się do Gruzji.

To był mój trzeci wyjazd do tego kraju. Pierwszy raz wybrałem się do Gruzji w sierpniu 2009 r., czyli dokładnie rok po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Później byłem przejazdem w 2019 r. Teraz powtórzyliśmy w dużym stopniu trasę, którą odbyłem przed 12 laty. Mogę stwierdzić, że Gruzja 2009 i Gruzja 2021 to dwa różne kraje. W 2009 r. mimo klęski to był kraj dumnych ludzi. W ich oczach widziało się zapał i chęć stworzenia sobie lepszego życia. I to mimo faktu, że północny sąsiad zaanektował spory kawałek ich terytorium i tysiące Gruzinów musiały opuścić miejsce dotychczasowego zamieszkania. Niemniej każdy napotkany Gruzin przekonywał, że przegrana jest czymś tymczasowym, że oni budują coś nowego i lepszego. Ewidentne było, że czują się współodpowiedzialni za własne państwo. Nadzieja, którą natchnął swój naród Micheil Saakaszwili, naprawdę była imponująca.

Pamiętam, jak w jednym z miasteczek próbowaliśmy starym postsowieckim zwyczajem dogadać się, że za przejazd taryfą zapłacimy z pominięciem paragonu. Dumnie nam odpowiedziano: „To nie jest ZSRS”. Po 12 latach pod względem gospodarczym i infrastrukturalnym Gruzja z pewnością zmieniła się in plus. Inwestycje w drogi lub sektor turystyczny są imponujący. Jednak mimo tych osiągnięć jedną rzecz Gruzini ewidentnie utracili – wiarę we własne państwo. Stało się u nich jak w większości krajów regionu, czyli władza sobie, a my sobie. W październiku stanęliśmy na gruzińskiego ziemi przed drugą turą wyborów samorządowych. Kilka dni przed głosowaniem w Tbilisi odbył się duży wiec prorządowy. Z całego kraju do stolicy zostali zwiezieni pracownicy budżetówki. W tym dniu non stop przy drogach spotykaliśmy takie same białe busy. Nauczyciele i urzędnicy, nie spiesząc się, jedli chaczapuri i popijali czaczę lub wino. Wyjazd na wiec był zwykłą formalnością, którą trzeba było zaliczyć. Apatia społeczna nie jest czymś wyjątkowym. Pewne jej objawy i podobne procesy można dostrzec na Litwie. Od niedawna ośrodek prezydencki i pewne siły polityczne próbują rozmawiać z antyszczepionkowcami lub tzw. Marszem Obrony Rodziny. Moim zdaniem to daremny trud, ponieważ te środowiska nie ufają nie tylko konserwatystom i liberałom, lecz także całemu systemowi politycznemu Litwy.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 49(141)04-10/12/2021