13 grudnia roku pamiętnego… To już 40 lat!

Bardzo dobrze pamiętam ten niedzielny grudniowy dzień. Był spory śnieg i mróz. Wstałem rano i włączyłem radio, które odpowiedziało szumami i trzaskiem. Telewizor zaś śnieżył na ekranie. Dziwne to wszystko było, więc znalazłem na falach krótkich Wolną Europę, a potem Głos Ameryki. Mówili o nagłej samoizolacji Polski – zamknięciu granic, odwołaniu lotów pasażerskich i wyłączeniu połączeń telefonicznych. Wreszcie w telewizji przemówił Jaruzelski, ogłaszając stan wojenny na terytorium całego kraju. Redaktorzy prowadzący występowali w mundurach wojskowych; pamiętam dobrze jednego z nich, prezentera „Dziennika Telewizyjnego”, niezrównanego propagandystę, Marka Tumanowicza.

Z lubością czytał komunikaty i zarządzenia tzw. Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Dochodziło coraz więcej informacji, wiedzieliśmy już o nocnych internowaniach. Większość zatrzymań odbyła się późnym wieczorem 12 grudnia, przed ogłoszeniem stanu wojennego i zatwierdzeniem jego przez Sejm PRL, co było złamaniem komunistycznego prawa! Jeszcze 13 grudnia pojechałem do Krakowa zobaczyć, co się tam dzieje. Dowiedziałem się o strajku w kombinacie (w Nowej Hucie).

Mieliśmy parę wizyt towarzyszy ze Służby Bezpieczeństwa, w tym dwie rewizje i dwa zatrzymania. Straszyli, grozili. I tak dotrwaliśmy do III RP.

Poszedłem pod siedzibę Zarządu „Solidarności” Rolniczej na ul. Karmelickiej (z moim ojcem Jerzym działaliśmy w tym związku, gdyż mieszkaliśmy na wsi). Rozwalone drzwi, po budynku chodzili milicjanci i funkcjonariusze SB. Wróciłem do domu autobusem (mieszkaliśmy 35 km od Krakowa). Po drodze zatrzymał nas patrol milicji, wylegitymowano wszystkich pasażerów.

Wprowadzono godzinę milicyjną (od 22 do 6), przepustki (nie wolno było się przemieszczać między miejscowościami). Konfiskowano krótkofalowcom radia, myśliwym strzelby (do depozytu). Z ojcem postanowiliśmy jakoś reagować. Pojechaliśmy do naszego proboszcza w Gdowie, ks. Sikory. Od razu zgodził się na zbieranie w czasie mszy świętych ofiar pieniężnych dla rodzin internowanych i aresztowanych. Zainicjowaliśmy wśród rolników zbiórkę produktów żywnościowych dla protestujących w Nowej Hucie – ale po paru dniach oddziały ZOMO hutę spacyfikowały.

Żywność poszła dla rodzin represjonowanych. Rozpoczęła się konspiracja, w domu zorganizowaliśmy drukarnię i do 1990 r. tysiące gazet podziemnych wychodziło do czytelników. Mieliśmy parę wizyt towarzyszy ze Służby Bezpieczeństwa, w tym dwie rewizje i dwa zatrzymania. Straszyli, grozili. I tak dotrwaliśmy do III RP. 

Większość zatrzymań odbyła się późnym wieczorem przed ogłoszeniem stanu wojennego, co było nawet złamaniem prawa PRL!


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 50(144)11-17/12/2021