Czy potrzebna nam polityczna arka Noego?

Założona podczas zjazdu w Połądze 29 stycznia partia – Sojusz Demokratów „W imię Litwy” – zdążyła już zostać okrzyknięta mianem „arki Noego”.

Pojawiły się od razu wątpliwości co do szczerości intencji jej założycieli oraz tego, czy w ogóle potrzebna jest kolejna partia. Na ostatnie pytanie najlepszej odpowiedzi dostarczają każde kolejne wybory i frekwencja na nich – jeśli połowa uprawnionych do głosowania na wybory nie idzie, oznacza to między innymi, że nie znajdują dla siebie oferty na politycznej scenie. Oznaczać to też może, że ci wszyscy ludzie nie czują się słyszani przez przedstawicieli odległych władz (wszak nawet najniższy szczebel samorządu jest u nas o wiele bardziej niedostępny, niż choćby w Polsce).

O potrzebie tej najlepiej świadczy chyba fakt, że wszelkie reformy są konstruowane z perspektywy wielkomiejskiej bańki liberalnych elit, które zupełnie nie uwzględniają faktu, że poza bańką istnieje rzeczywistość małych miejscowości i ich mieszkańców. To, co w mieście daje punkty fajności, dla mieszkańca wsi może być zabójcze – jak choćby wszelkiej maści antysamochodowe obsesje czy „optymalizacje” instytucji. Będąc premierem, Saulius Skvernelis szukał rozwiązań poza wielkomiejską bańką – jak choćby wprowadzenie pieniędzy na dzieci czy normalizacja relacji z Polską, o których też przecież niejeden mówił, że to niemożliwe – co czyni jego nowy projekt potencjalnie ciekawym zjawiskiem.