Legendowanie agentów wpływu

W czasach, kiedy byliśmy okupowani przez Rosję, wówczas sowiecką, zdarzało się, iż inteligenci na służbie reżimu przestawali mu służyć, doznawali przykrości i byli przyjmowani na Zachodzie jako „nawróceni”.

Wśród autentycznych dysydentów bywali i tacy, którzy, jak się okazało, po prostu nadal głosili sowiecką propagandę na Zachodzie, będąc zwyczajnymi agentami wpływu: „Bo wiecie, zły to był Stalin, ale naród rosyjski był uciskany przez kapitalistów, trzeba zrozumieć, trzeba się z nimi dogadać”. Niektórzy zresztą po rozpadzie Związku Sowieckiego zdążyli pokazać swoją twarz zacietrzewionych rosyjskich imperialistów. Po prostu byli wysyłani na Zachód po to, żeby być agentami miękkiej siły Rosji, urabiać naiwniaków do popierania sprawy rosyjskiej – kosztem okupowanych narodów, w tym nas. Ich „represjonowanie” przez Rosję miało zazwyczaj charakter symboliczny w porównaniu do cierpienia, jakie przeżywali zesłańcy i więźniowie polityczni, ofiary rosyjskich katowni, Łubianek i Gułagów. Metody się nie zmieniają, bo i po co, skoro rzesza naiwniaków jak dzieci kupuje wciąż te same smutne kawałki.

Oto pracownica propagandowej telewizji po ośmiu latach wojny z Ukrainą i nazywania Ukraińców nazistami przypomina sobie, że miała ojca Ukraińca, i występuje w programie informacyjnym (które nie są w Rosji nadawane na żywo, ale jakimś trafem nagranie nie zostało ocenzurowane i wyciekło do internetu) z antywojennym plakatem z napisami w języku angielskim. Doznaje represji (280 dolarów grzywny!), ale przed prześladowaniami ratuje ją osobiste wstawiennictwo prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który desperacko potrzebuje jakiegokolwiek sukcesu przed wyborami. Już jako azylantka we Francji (ilu uchodźców wojennych z Ukrainy dostało we Francji azyl?) udziela telewizji wywiadu, którego sens zamyka się w zdaniu: „Rosjanie nie ponoszą odpowiedzialności, to Putin, nie wolno nakładać sankcji”. Nie za dużo tu przypadków i rzeczy, które dzieją się dokładnie tak, jak to sobie można było przewidzieć – i się przewidywało? Podstawą wojny jest rosyjski imperializm, który istnieje i nie zmienia się od pięciu wieków. Istniał, zanim odkryta została Ameryka i zanim Anglia posiadła pierwsze kolonie. To sekta, której dyktator Putin, herezjarcha Gundiajew, kłamca Ławrow i inni są jedynie publicznymi twarzami, a wyznanie wiary – grabienie i terroryzowanie mniejszych sąsiadów – się nie zmienia. I nie trzeba się nabierać na jej apostołów.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 12(36) 26/03-01/04/2022