Pomnik w Kalwarii Wileńskiej zniknął tylko na jakiś czas, został zdemontowany i wróci. Polski Instytut Pamięci Narodowej prowadzi badania, powstanie nowa kwatera godnie upamiętniająca bojowników o wolność i ziemię wileńską.
Trzeba przy tej okazji zadać trzy niełatwe pytania. Po pierwsze, gdyby mieszkańcy po którymś kolejnym usunięciu miejsca pamięci przez Sowietów przestali stawiać krzyże, przetrwałoby ono do dziś?
Po drugie, gdyby nie udało się odkłamać wizerunku AK wśród litewskich współobywateli (bo litewscy historycy przepracowali ten temat całkiem nieźle), czy istnienie tego miejsca byłoby dziś pewne?
Po trzecie, gdyby relacje z Litwą nie były tak otwarte jak dziś (bo „dobre” to słowo nieprecyzyjne – oprócz sympatii umiemy też pracować nad kwestiami spornymi, z poszanowaniem godności obu stron), czy polscy badacze mogliby spokojnie prowadzić badania w tak newralgicznej sprawie?
Pytania zostawiam Czytelnikowi, bo odpowiedź jest oczywista. To jest dobry moment, aby w myślach obdarzyć wdzięcznością nie tylko historyków, dziennikarzy i tych, którzy podnoszenie wrażliwych tematów ryzykowali często czymś znacznie cięższym niż reputacja czy praca.
Pomyślmy o tych „szarych archiwistach”, którzy nie pozwolili przepaść pamięci. Gdy krzyże były przez okupantów niszczone, rękami mieszkańców rosły znów. Pomyślmy o dziadkach i babciach, którzy pomimo lęku swoich dzieci, już wychowanych „za Sowietów”, opowiadali wnukom tak, jak było naprawdę. Pomyślmy o zesłańcach, którzy z Syberii wrócili na ziemię ojczystą i nie wybrali wygodnego zapomnienia. Pomyślmy o nich, podziękujmy i chciejmy dorosnąć do tej postawy sami.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 24 (68) 20-26/06/2026
