Konwicki na nasze czasy

22 czerwca br. wybitny polski pisarz i reżyser filmowy Tadeusz Konwicki obchodziłby setne urodziny. Po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością urodzonego w Nowej Wilejce autora w latach 90. Nie będę oryginalny, gdy powiem, że pierwszą przeczytaną przeze mnie książką była „Kronika wypadków miłosnych”. Sądzę, że wielu czytelników na Wileńszczyźnie zaczynało właśnie od tej powieści, której akcja rozgrywa się latem 1939 r. Lektura pochłonęła mnie bez reszty.

Później przyszedł czas na „Sennik współczesny”, „Małą Apokalipsę”, „Czytadło” czy „Rojsty”. Książki te, ze swoją pesymistyczną wizją świata, wyraźnie różniły się od pogodnej, choć podszytej nostalgią narracji „Kroniki…”. O ile bowiem powrót do kraju dzieciństwa pozostawał jednym z najważniejszych motywów jego twórczości, o tyle Konwicki był również przenikliwym kronikarzem absurdów życia w PRL-u. Na przełomie XX i XXI w. mogło się wydawać, że jest on przede wszystkim pisarzem minionej epoki. Zagubienie jego bohaterów, poczucie wyobcowania i nieprzystosowanie do otaczającego świata zdawały się odchodzić w przeszłość wraz z komunizmem.

Ostatnio jednak odkryłem Konwickiego na nowo i doszedłem do wniosku, że jest on pisarzem zaskakująco współczesnym. Lęki towarzyszące bohaterom jego powieści i filmów okazują się bowiem bliskie niepokojom współczesnego człowieka. Zwłaszcza dziś, gdy obserwujemy kryzys tego, co przez dziesięciolecia nazywaliśmy liberalną demokracją – państwa opartego na rządach prawa, wolności, dialogu i poszanowaniu różnorodności. Coraz częściej towarzyszy nam poczucie niepewności, a świat, który jeszcze niedawno wydawał się stabilny i przewidywalny, traci swoje oczywiste punkty odniesienia.

Jestem przekonany, że powrót do twórczości Konwickiego może pomóc lepiej zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Nie dlatego, że znajdziemy w niej gotowe odpowiedzi, lecz dlatego, że uczy ona życia pośród niepewności, sprzeczności i historycznych zawirowań. A to umiejętność szczególnie cenna w naszych czasach. Konwicki pozostaje również wielkim ironistą i bezlitosnym krytykiem polskiej – a może po prostu ludzkiej – megalomanii.

Dlatego zakończę ten felieton słowami samego pisarza: „Przecież ja, widząc te histerie, euforie patriotyczne, wiem, jak to w momencie tragicznym się kończy. I życzę tym, którzy tę nic niekosztującą histerię pobudzają, żeby ich los nie wypróbował”. Po latach trudno oprzeć się wrażeniu, że słowa te nie straciły nic ze swojej aktualności.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 24 (68) 20-26/06/2026