Farbą po oczach, czyli pechowe cztery ary

107
Oblana farbą koszula i mocno zaczerwienione oczy do dziś przypominają panu Antoniemu o wizycie mierniczego Fot. Marian Paluszkiewicz
Oblana farbą koszula i mocno zaczerwienione oczy do dziś przypominają panu Antoniemu o wizycie mierniczego Fot. Marian Paluszkiewicz

„Oni jego pokroili!” — krzyknęła przerażona Jadwiga Woronkiewicz, gdy zobaczyła męża.

— Miał całą czerwoną od krwi twarz i ubranie. Pomyślałam, że to na pewno oni napadli na męża. O, proszę, jak potrafią nad człowiekiem znęcać się. Niech zabierają tę ziemię, nie potrzeba nam jej! — nie ukrywa żalu i jednocześnie irytacji pani Jadwiga.

79-letni Antoni Woronkiewicz jeszcze długo będzie musiał leczyć mocno zaczerwienione oczy. Obolała twarz, poplamiona koszula i pomięta czapka jeszcze długo będą przypominać o wizycie mierniczego.

— W szpitalu lekarz powiedziała, że gdyby medycy nie okazali pomocy na czas, to straciłbym wzrok. Co ja im zrobiłem? Chciałem tylko wykupić te cztery setki — żali się sędziwy mieszkaniec podwileńskich Gałg.

Jak powiedział „Kurierowi” Antoni Woronkiewicz,  tego dnia jakiś nieznany mierniczy wraz z Juozasem Mockevičiusem, który zamierza wydzierżawić ziemię, przylegającą do działki pana Antoniego, przyjechali, by po raz trzeci dokonać pomiarów.

— Już wcześniej mierniczy (którego sam sprowadziłem) dokładnie odmierzył, gdzie się kończy moja posiadłość i odpowiednio oznakował. A tu jakiś inny mierniczy znów chciał tu ziemię odmierzać i w dodatku przesunąć słupki oraz zabrać pięć metrów mojej ziemi! Furtka była zamknięta na klucz. Próbowali przeskoczyć przez płot. Nie chciałem ich wpuścić. Wtedy mierniczy prysnął mi w twarz farbą, którą oznacza się słupki. Upadłem na ziemię. Całą twarz miałem w farbie, nic nie widziałem! Kiedy podniosłem się, chwyciłem burak i rzuciłem w nich — szczegółowo opisuje to pechowe spotkanie pan Antoni.

Świadkiem konfliktu była najstarsza córka pana Antoniego, Lilia.

— Kiedy przyjechał mierniczy, pracowałam w ogrodzie. Widziałam, że doszło do konfliktu, ale nie myślałam, że to może tak się skończyć. Przybiegł również nasz sąsiad. Wywołaliśmy policję i pogotowie — przypomina pani Lilia i dodaje: „Nasz tato zawsze obstaje przy swoim. Zawsze taki był. Dawno go prosiliśmy, żeby darował sobie tę ziemię. Dla nas zdrowie ojca jest ważniejsze niż ten kawałek ziemi”.

„Już od 25 lat tu mieszkamy, tyle lat mamy ogrodzoną ziemię i zagospodarowaną” — pokazuje swoją posiadłość Antoni Woronkiewicz Fot. Marian Paluszkiewicz
„Już od 25 lat tu mieszkamy, tyle lat mamy ogrodzoną ziemię i zagospodarowaną” — pokazuje swoją posiadłość Antoni Woronkiewicz Fot. Marian Paluszkiewicz

Antoni Woronkiewicz już od 25 lat gospodaruje na działce o powierzchni 24,5 arów, ale oficjalnie jest właścicielem 20 arów. Pozostałą część chciał dokupić.

— Tę ziemię od dawna mamy ogrodzoną i zagospodarowaną. Boże broń, nie chcemy jej za darmo! Chcieliśmy tylko wykupić — wyjaśnił pan Antoni. W 2006 r. oficjalnie zwrócił się z prośbą do starostwa o jej wykupienie.

Jak wspomina, sprawa już na starcie utkwiła w martwym punkcie. Pan Antoni jeździł kilkakrotnie do starostwa mickuńskiego, gdzie zbywano go jakimiś pół zdaniami — w rodzaju, że wkrótce sprawa ruszy.

Owszem, sprawa ruszyła. Ale nie w tym kierunku… Przyjechał mierniczy i oświadczył, że te cztery „setki” należą do kogoś innego.

— Osłupiałem! Ale nie dałem za wygraną i pojechałem do Ministerstwa Rolnictwa. Dowiedziałem się, że mam pierwszeństwo — wspomina.

22 października ub. r. w Wydziale Regulacji Rolnych rejonu wileńskiego odbyło się posiedzenie, podczas którego omówiono projekt reformy rolnej w mickuńskiej miejscowości katastralnej. Wśród zaproszonych był również pan Antoni.

— Podsunęli czystą kartkę papieru, żebym podpisał się, że będę uczestniczyć w zebraniu. Ja, nic nie podejrzewając, podpisałem się. A potem dopisali, co chcieli — że nie ma na tej ziemi żadnych drzew, ogrodu, tylko szczere pole, że rezygnuję z tej działki. Jak można tak starego człowieka oszukiwać? — nie ukrywa łez pan Antoni i pokazuje kopię protokołu posiedzenia.

W dokumentach jest wyraźnie napisane, że już od 10 grudnia 2007 r. decyzją naczelnika Powiatu Wileńskiego przywrócono prawo własności do spornych 4 arów Vidzie Katkienė. Tymczasem — czytamy dalej — obywatel Antoni Woronkiewicz był obecny podczas pomiarów i nie wyrażał sprzeciwu.

— Przecież ja wtedy nie rezygnowałem z tej ziemi! — nie ukrywał swego oburzenia sędziwy pan bezradnie rozkładając ręce. I natychmiast dodając, że nie może już więcej znieść takiej niesprawiedliwości…

Z rezygnacją w głosie opowiada, że już zrozumiał, iż nic z tego nie będzie i chciał zabrać podanie.

— Miałem już dość tego wszystkiego. Pięć razy jeździłem do starostwa w Mickunach. Ale nie chcieli mi oddać podania. Za szóstym razem uparłem się, że nie ruszę się z miejsca, zanim nie będę miał go w ręku — sięga pamięcią do tamtego okresu pan Woronkiewicz.

Otrzymał, gdy zagroził, że następnym razem przyjedzie z adwokatem.

Zatelefonowaliśmy do Wydziału Regulacji Rolnych rejonu wileńskiego. Kierowniczka wydziału Laura Banevičiūtė odmówiła komentarzy, jak powiedziała „na razie”. Zapewniła, że będzie mogła coś na ten temat powiedzieć jedynie po wnikliwym przestudiowaniu sprawy.

— Wiem, że to również nasza opieszałość. Dawno powinniśmy byli doprowadzić tę sprawę do końca. Ale teraz po tym wydarzeniu nie chcemy już tej ziemi, chcemy,  aby tylko ojciec doszedł do zdrowia, a ludzie dowiedzieli się, że tu u nas takie rzeczy się dzieją — powiedziała pani Lilia.

„Panie, idź do sądu! Tu sprawiedliwości nie szukaj…” — powiedziała mi po cichu w wydziale regulacji rolnych pewna urzędniczka — wyznaje pan Antoni i ze smutkiem dodaje: „Ale czy w sądzie sprawiedliwość można znaleźć?…”