Polityka zagraniczna Litwy na rozdrożu

Litewscy politycy sprzeczają się o charakter polityki zagranicznej wobec Rosji, lecz są zgodni, że Litwa jest jednym z wielu elementów polityki zagranicznej Rosji i jest pod wyjątkową obserwacją jej służb specjalnych Fot. Marian Paluszkiewicz

Na Litwie działa około 3000 agentów rosyjskich służb specjalnych. Są oni w każdej ważniejszej instytucji państwowej, a najwięcej działa w sektorze energetycznym oraz komunikacji. Przejmują oni drobny biznes oraz przestrzeń informacyjną. Działają zaś dla realizacji strategicznych celów Rosji, z których najważniejsze są: przejęcie kontroli nad sektorem energetycznym postsowieckiej przestrzeni, wykorzystanie Litwy i Polski jako odskoczni do dominacji w Unii Europejskiej oraz zawładnięcie przestrzenią informacyjną.

Tymczasem Litwa odchodzi od koncepcji wypracowanej jeszcze za czasów prezydentury Valdasa Adamkusa polityki przeciwstawiania się hegemonii rosyjskiej aktywnie działając na rzecz demokratyzacji procesów zachodzących na Białorusi oraz zacieśniając na różnych szczeblach współpracę z Ukrainą i Gruzją. W ten sposób, były szef Departamentu Bezpieczeństwa Państwa, obecnie dyplomata w rezerwie Mečys Laurinkus ocenia nową politykę zagraniczną Litwy i zagrożenia wynikające z jej uprawiania.

Girl in a jacket

Laurinkus, na żądanie prezydent Dali Grybauskaitė odwołany w styczniu ze stanowiska ambasadora w Gruzji, uważa, że Litwa powinna wrócić do polityki zagranicznej wobec Rosji, jaka była uprawiana za prezydentury Valdasa Adamkusa oraz formowana w dużej mierze przez Vytautasa Landsbergisa. Mečys Laurinkus twierdzi, że obecna polityka pragmatyzmu w relacjach z Rosją jest na rękę Kremlowi i służy wyłącznie jego interesom.

„W Rosji mówi się, że są dwie Litwy. Pierwsza, to landsbergisowsko-adamkusowska, zaś druga racjonalna i trzeźwo myśląca, lecz wciąż obawiająca się tej pierwszej, dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość. Według tej koncepcji, Litwini są bliżsi Słowianom niż zepsuci przez Zakon Krzyżacki Łotysze” — pisze na łamach „Lietuvos rytas” były ambasador oraz były szef Departamentu Bezpieczeństwa Państwa Mečys Laurinkus. W jego przekonaniu, litewskim decydentom należy konsekwentnie realizować założenia polityki zagranicznej prowadzonej przez ostatnich ponad 10 lat, głównie w kierunku budowania wzajemnie korzystnych relacji z Ukrainą, Gruzją i Białorusią.

Laurinkus uważa, że ostatnie lata Litwa razem z Polską były tą lokomotywą, które „ciągnęły wagony” krajów Europy Wschodniej w kierunku Unii Europejskiej, co też leżało w interesach samej Litwy. Tymczasem dziś uprawiając wobec Rosji tzw. politykę pragmatyzmu Litwa działa na swoją niekorzyść.

Większość polityków poproszonych przez nas o odniesienie się do uwag Laurinkusa starało się uniknąć komentarzy. Jedni zasłaniali się tym, że poruszany temat jest zbyt obszerny i poważny, żeby można byłoby go ująć w lakonicznym komentarzu, inni zaś mówili, że nie ma co komentować słów urażonego odwołaniem z urzędu dyplomaty.

Tymczasem poseł Egidijus Vareikis, członek sejmowego Komitetu Spraw Zagranicznych uważa, że uwagi Laurinkusa są w dużym stopniu słuszne.

— Często zadaję pytanie krytykom wcześniejszej polityki zagranicznej, w czym ona była niekorzystna dla Litwy? Niestety, nikt nie potrafi mi odpowiedzieć na to pytanie. Bo była korzystna. Przecież wskutek niej odzyskaliśmy całkowicie niepodległość, wyprowadziliśmy sowieckie wojska z kraju, jesteśmy w NATO oraz w Unii Europejskiej. Nie jest też prawdą, że nie była to polityka pragmatyczna, bowiem była jak najbardziej. Przecież dzięki jej pragmatyzmowi oraz szukaniu kompromisów udało się porozumiewać nawet w tak trudnych sprawach, jak chociażby wycofanie żołnierzy radzieckich. Przecież gdy zaczynaliśmy walczyć o niepodległość na początku lat 90., mało komu z zagranicznych decydentów była ona potrzebna, lecz zawdzięczając właśnie prowadzonej od 20 lat polityce zagranicznej dziś sami decydujemy o swoim losie — wyjaśnia nam Egidijus Vareikis. Tymczasem promowaną dziś politykę tzw. pragmatyzmu w relacjach z Rosją poseł określa jako niewiele mającą wspólnego z pragmatyzmem.

— Jest to nie polityka zagraniczna, a raczej handel zagraniczny, kiedy za wszelką cenę staramy się otrzymać krótkotrwałe korzyści materialne, a wszystko po to, żeby rzekomo żyć szczęśliwie, co w końcu sprowadza się do potakiwaniu Rosji. A przecież historia nas uczy. W okresie międzywojennym też dominował taki rodzaj uprawianej polityki. Wtedy też chcieliśmy żyć szczęśliwie, myśleliśmy, że napaść Niemców na Polskę oraz ZSRR na Finlandię to nie nasza sprawa. Niemców nie chcieliśmy drażnić przed zbliżającą się wojną ich z Rosją, a Rosję zaś z wdzięczności za odzyskane Wilno. Dziś wiemy, czym się to wtedy skończyło — mówi poseł.

Jego zdaniem dziś sytuacja często jest podobna do tamtej sprzed pół wieku. Jak mówi Vareikis, dziś też uważa się, że nie wolno drażnić Rosji, bo nie jest to korzystne dla Litwy i zauważa, że właśnie wszystko, co jest korzystne dla Litwy, akurat drażni Rosję.

— Przecież Rosja otwarcie mówi, że członkostwo Litwy w NATO jest sprzeczne z interesami Rosji. Tak samo rozpad ZSRR Rosja uważa za wielką tragedię, a przecież dzięki tej „tragedii” mogliśmy odzyskać niepodległość — wyjaśnia Vareikis. Jego zdaniem, najważniejszy problem polega na tym, że Litwa nie ma jasnej strategii i celów, a przez to nie potrafi wytyczyć do nich drogi.

— Prowadząc dziś krytykowaną samodzielną politykę mieliśmy jasną strategię, co chcemy osiągnąć, dziś zaś mówiąc, że chcemy żyć szczęśliwie, nie potrafimy nawet wyjaśnić, o jakie nam szczęście chodzi — zauważa poseł. Jego zdaniem Litwa powinna dziś kontynuować wcześniej prowadzoną politykę landsbergisowsko-adamkusowską, jak ją określa Mečys Laurinkus.

W dużej mierze założenia tej polityki określała tzw. Strategia powstrzymywania Rosji, opracowana przez Związek Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów jeszcze w 2007 roku. Przygotowana ona była w myśl zbliżających się wtedy wyborów parlamentarnych i jako alternatywa dla lansowanej przez ówczesny lewicowy rząd Gediminasa Kirkilasa polityki zbliżenia się z Rosją. Strategia ta była częścią składową programu wyborczego partii konserwatywnej. Realia powyborcze zmieniły jednak sytuację. Koalicyjny rząd, aczkolwiek zdominowany przez konserwatystów, stanowisko szefa spraw zagranicznych oddał w ręce bezpartyjnego Vygaudasa Ušackasa, który krytykowany za prowadzenie „prywatnej polityki zagranicznej” został w końcu zdymisjonowany. Tymczasem mianowany na jego miejsce konserwatysta Audronius Ažubalis (współautor strategii), w obawie przed podzieleniem losu swego poprzednika deklaruje całkowite posłuszeństwo w działaniach wobec prezydent Dali Grybauskaitė, która staje się dziś głównym decydentem w kwestii relacji zagranicznych. To właśnie ona, po objęciu urzędu niespełna przed rokiem zapowiedziała zmianę kursu polityki zagranicznej i odejście od koncepcji polityki prowadzonej przez poprzednika Valdasa Adamkusa. Właśnie Grybauskaitė jest inicjatorką polityki „niedrażnienia” Rosji, której rząd konserwatysty Andriusa Kubiliusa, odstawiając na bok Strategię powstrzymywania Rosji, jest posłusznym wykonawcą. Aczkolwiek premier próbuje robić dobrą minę do złej gry i pytany wielokrotnie przez nas o realizację założeń Strategii zawsze odpowiada, że jest ona częścią składową rządowego programu i jest realizowana.

Tymczasem poseł Vareikis, również konserwatysta, uważa, że Strategia została po prostu zapomniana.