Odejście patriarchy

183
Algirdas Brazauskas Fot. ELTA

Odszedł Algirdas Brazauskas. Polityk wielkiego formatu, człowiek, któremu Litwa naprawdę ufała, osoba, która przełożyła pomost od socjalistycznego marazmu ku niepodległości w gronie państw europejskich.

Algirdas Brazauskas był rozumiany przez mieszkańców kraju nad Niemnem i Wilią. Pochodzący z gospodarskiej rodziny, własnym wysiłkiem robiący szybką karierę w sztywnym, kontrolowanym przez Moskwę systemie nomenklaturowym, nigdy nie był głuchy na myśli i nastroje zwykłych ludzi. Akurat dzięki temu w jeden dzień stał się politykiem klasy europejskiej, kiedy 24 czerwca 1988 roku na wiecu Sąjūdisu jako jedyny z komunistów odważył się wejść na trybunę i obiecać, że litewskie postulaty zostaną w Moskwie przedstawione.

Później były decyzje o uprawomocnieniu flagi narodowej, zwróceniu Katedry wiernym, utworzeniu narodowych organizacji, zrzeszeń i instytucji, które jak chirurgiczny skalpel zaczęły przecinać pajęczynę sowieckiej biurokracji, dotychczas szczelnie okrywającą Litwę. Apogeum tego trendu była decyzja o oddzieleniu litewskiej partii komunistycznej od moskiewskiej, po czym wiadomo już było, ze prawdziwa niepodległość prędzej czy później nastąpi.

Nie był kryształowo czystym ideałem. W ciągu ostatniego dwudziestolecia na jego temat wypisano masę „kompromatu”, wynaleziono wiele afer, zdemaskowano niejednokrotnie nieomal jako zdrajcę narodu. I co? I nic, tak naprawdę wszystkie zaciekłe ataki rozbijały się jak morskie fale o przybrzeżne skały. Brazauskas pomimo wszystko pozostał wyniośle górującym ponad całym tym zgiełkiem, do końca życia pozostając autorytetem dla ogromnej rzeszy mieszkańców Litwy. Krytykom można dzisiaj spokojnie powiedzieć: to w swoim czasie trzeba było wygrać z nim wybory — i nie byłoby wszystkich tych nieszczęść.

Algirdas Brazauskas zaskoczył nie tylko litewską opinię publiczną w październiku 1997 roku absolutnie nieoczekiwanie oświadczając w telewizji, że rezygnuje z kandydowania na drugą kadencję prezydencką. Słowa o tym, że czas na pokolenie bez sowieckiej przeszłości zaszokowały wielu, szczególnie w krajach sąsiednich, gdzie postkomunistyczni liderzy wcale nie mieli zamiaru schodzić ze sceny. To był krok polityka wielkiego formatu.

Późniejszy powrót na stanowisko premiera był z ulgą spotkany przez naród, dla którego Brazauskas jawił się przede wszystkim jako rzetelny gospodarz. Po szaleństwach z „Williamsem” i dogmatyczną prywatyzacją taki bieg wydarzeń był usprawiedliwiony (chociaż jako były prezydent nie musiał wcale wracać do pracy).

To on opierając się zaciekłym atakom szowinistów oraz tak zwanej „opinii publicznej” podpisał europejskiej miary traktat z Polską, on też, były pierwszy sekretarz partii komunistycznej, swoim autorytetem przełamał wewnątrzpartyjny opór przeciwko wejścia do NATO. To akurat widziałem na własne oczy.

Dzisiaj mamy sytuację, że odszedł jeden z filarów życia politycznego państwa litewskiego. Już teraz widać, że nie ma na horyzoncie postaci, która mogłaby choć częściowo zapełnić tę pustkę.


POGRZEB PREZYDENTA BRAZAUSKASA

Pogrzeb zmarłego w sobotę pierwszego prezydenta niepodległej Litwy Algirdasa Brazauskasa odbędzie się w czwartek o godz. 14.00. Od wtorku do czwartku w kraju będzie obowiązywała żałoba — zdecydował wczoraj litewski rząd.

Pogrzeb Brazuskasa będzie pierwszym pogrzebem prezydenta na Litwie.

Od wtorku trumna z ciałem Brazauskasa zostanie wystawiona na widok publiczny w Urzędzie Prezydenta Litwy.

Zostanie on pochowany na wileńskim Cmentarzu Antokolskim, w panteonie prezydenckim. Jego grób w tym panteonie będzie pierwszy.