Polaków w Zujunach do błota

Sporządzony projekt Zujun zakłada pod gospodarstwa indywidualne spore kawałki ziemi Fot. Marian Paluszkiewicz

— Proszę spojrzeć — to według naszych urzędników jest ziemia uprawna! — wskazuje ręką na… niewielkie bajorko Helena Zacharewicz, mieszkanka podwileńskich Zujun. — Zapytuję, jak można odmierzyć 6 arów… w wodzie i podzielić to bajorko między właścicielami. I otrzymuję odpowiedź — w dokumentach mamy tu ziemię uprawną… Jakiś absurd… — rozkłada ręce pani Helena.

To jedna z działek z 5 hektarów, które zostały zwrócone prawowitym właścicielom, mieszkańcom Zujun, na wspólną własność. Bo tyle zostało ze 180 hektarów, jakie należały do ich przodków przed nacjonalizacją. Przed pięcioma laty zwrócono 14 ha. Początkowo do zwrotu było 19, ale 5 ha gdzieś się ulotniły…

Girl in a jacket

Lata mordęgi — niekończącej się walki o ziemię i w efekcie — łamigłówka: co by można było na takiej ziemi robić… A to zadanie nie lada. Bo łaskawie zwrócone kawałki — nie tylko to bajorko, ale również błota, działki, nad którymi widnieje linia wysokiego napięcia, skrawki, na które spływają ścieki…

— Dopiero w ubiegłym roku został sporządzony pierwszy projekt na wieś Zujuny. Zakłada pod gospodarstwa indywidualne spore kawałki ziemi. Ale z tego nam, miejscowym mieszkańcom — po kilka arów, w dodatku — najgorszej ziemi — oburza się Helena Zacharewicz, której po rodzicach należą się 5 ha ziemi. Dotychczas udało jej się ozyskać zaledwie 15 arów.

To bajorko w planach jest oznaczone jako ziemia uprawna Fot. Marian Paluszkiewicz

— Najlepszą ziemię podzielono na gospodarstwa indywidualne osobom, które przeniosły tę ziemię z innych regionów Litwy. A nam, prawowitym właścicielom, proponuje się błota — dodaje Stanisława Szadzianiec, której należą się 3 ha. Na razie otrzymała jedynie 29 arów.

— Według prawa należą mi się przywileje w zwrocie ziemi, ponieważ mój ojciec był więźniem politycznym. Tymczasem słyszę od urzędniczki: „Pani i pani ojciec przenieśliście tu ziemię z Polski czy Prus, że teraz domagacie się działki?” — uśmiecha się ze smutkiem pani Stanisława.

— Na papierze wszyscy i przyjezdni z głębi Litwy i miejscowi będziemy właścicielami ziemi uprawnej, a w rzeczywistości — ktoś będzie mógł pałac wybudować, a ktoś w błocie siedzieć — mówi zrezygnowany Czesław Andrijewskij, któremu po ojcu we wsi Zujuny należą się 3,5 ha.

Obecnie 125 osób, mieszkańców podwileńskich Zujun, przed wojną wsi sznurowej, ubiega się o zwrot ziemi, która należała kiedyś do ich rodziców czy dziadków. Powstała wspólnota mieszkańców. Wzajemnie się wspierają, organizują spotkania, podczas których wymieniają się doświadczeniem, informacją.

— Od 1992 r. mamy wszystkie zebrane potrzebne na zwrot ziemi dokumenty. Mamy dokumenty z okresów carskich i polskich, na których są widoczne wszystkie podziały. Nikt jednak tego nie chce uwzględniać. Skierowaliśmy też oficjalne pismo do prezydent Litwy, pod którym podpisało się około 100 osób. Ale odpowiedzi nie otrzymaliśmy… — mówi zrezygnowana pani Helena.

Pokazuje cały stos dokumentów. To dowód, jak długą, wieloletnią drogę przeszli korytarzami sądów. Procesy sądowe wciąż trwają.

— Przecież ci ludzie nawet nie posiadają dokumentów na te gospodarstwa indywidualne. Przez 15 lat nikt tu tej ziemi nie uprawiał. Kiedy zwróciliśmy się do sądu o odzyskanie ziemi, nowi właściciele w jakiś sposób o tym się dowiedzieli i… w nocy zaczęli zaorywać nieużytki. Wezwaliśmy komornika, który wielokrotnie spisywał protokoły, jak ta ziemia jest uprawiana. Mamy zdjęcia, które świadczą o tym, że ziemia ugorem stoi — mówi Czesław Andrijewskij.

Opowiada, że w ciągu dziesięciu lat sytuacja radykalnie się zmieniła.

— Przed dziesięcioma laty jeden z mieszkańców Zujun zwrócił się do sądu o odzyskanie ziemi pod gospodarstwo indywidualne. Przegrał wszystkie procesy. Teraz mamy odwrotną sytuację — działki są oddawane ludziom jako gospodarstwa indywidualne, podczas gdy nawet nie mają na nie żadnych dokumentów własności — oburza się pan Czesław.

— Wszyscy widzimy, jak się uprawia tę ziemię — porasta trawą, sosnami. Zanim będziemy się sądzić, wyrośnie las. Nie zdziwię się, jeżeli pojawią się tu „stare” fundamenty. Wiem, że takie rzeczy też są praktykowane. Jakimś cudem odnajdują się wciąż nowi właściciele ziemi, otrzymują po 0,5 ha, 1,5 albo nawet 3 ha, podczas gdy nam, prawowitym właścicielom, daje się niecałe 2 ha na 125 osób, czyli po kilka metrów na każdego z mieszkańców! — nie kryje rozgoryczenia Helena Zacharewicz.

Już jutro odbędzie się kolejny proces sądowy. Mieszkańcy oczekują na niego z niepokojem i jednocześnie nadzieją.
— Czujemy się pokrzywdzeni. Zrozumiałe, kiedy ziemia jest już zabudowana i nie da się jej zwrócić, ale tu pole stoi odłogiem! Czy jeszcze pozostało choć trochę ludzkości..? — zapytuje retorycznie Helena Zacharewicz.