„Krucjata” przeciwko polskiemu słowu na Wileńszczyźnie nabiera rozmachu

Helena Tomaszewska wyrozumiale mówi, że nie ma nic za złe urzędnikom z Inspekcji, ale nie zamierza ustępować przed ich restrykcjami i nie będzie zdejmowała polskiego szyldu ze swego sklepu Fot. Marian Paluszkiewicz

Po starostach podwileńskich gmin i właścicielach firm autobusowych Inspekcja Języka Urzędowego zamierza ukarać za używanie języka polskiego właścicielkę sklepu w podwileńskich Awiżeniach. Helena Tomaszewska mówi, że w kontekście antypolskiej nagonki szerzącej się na Litwie nie jest zaskoczona decyzją Inspekcji. Nie zamierza też ustępować i zdejmować ze sklepu szyldu z polskim napisem, że tu jest właśnie sklep.

— Jeśli dziś zabronią używać nam polskich napisów, to jutro zabronią w ogóle rozmawiać po polsku — mówi Helena Tomaszewska i dodaje, że nie zamierza usuwać ze sklepu polskiego szyldu, który od lat wisiał obok litewskiego. Żartobliwie zauważa też, że na szczęście nikt jej nie zabrania na razie sprzedawać w sklepie polskie towary.

Girl in a jacket

Obawy właścicielki sklepu w podwileńskiej miejscowości, wydają się, nie są bezpodstawne, bo jak zauważyła, od pewnego czasu niektórzy z klientów sklepu nie tylko mieli jej za złe, że na sklepie wisi polski napis, ale też, że personel sklepu między sobą rozmawia po polsku.

— Ostatnio zdarzają się i takie uwagi — mówi Helena Tomaszewska. Tłumaczy, że są to uwagi niemiejscowych mieszkańców, lecz przejezdnych osób, którzy czasami wstępują do sklepu.

Nagonka na sklepikarkę rozpoczęła się niedawno i wpisuje się w nasilający się trend zwalczania polskości na Wileńszczyźnie, gdzie większość mieszkańców stanowią Polacy. Podejrzewa się, że są to działania zorganizowane prowadzone przez grupę pewnych osób.

Potwierdza nam to też Arūnas Dambrauskas, wicenaczelnik Inspekcji Języka Urzędowego, który z urzędu wymierza kary za używanie języka polskiego przez Polaków na Wileńszczyźnie.

— Mogę pozytywnie odpowiedzieć na pana pytanie — dyplomatycznie odpowiada nam Dambrauskas zapytany, czy na „donosach” na Polaków zdarzają się powtarzać te same nazwiska.

Jak już pisaliśmy, przed kilku laty, właśnie po kilku z takich „donosów” urząd Dambrauskasa zajął się starostami podwileńskich gmin, których karze się do dziś za to, że mieszkańcy tych gmin wywieszają na swoich domach tablice z polskimi nazwami ulic obok litewskich. Później kary dosięgły dyrektorów administracji samorządów rejonu wileńskiego i solecznickiego. Ukarano ich również za podwójne tablice z nazwami ulic. I chociaż starostowie oraz dyrektorzy bronią się, że nie dysponują nawet mechanizmami prawnymi, żeby kazać mieszkańcom pousuwać polskie nazwy, to jednak notorycznie muszą płacić grzywnę, jaką nakłada na nich Inspekcja.

Mimo tego, polskich napisów na Wileńszczyźnie nie tylko nie ubyło, ale też zwiększyło się. Miejscowi Polacy zaczęli masowo wywieszać polskie odpowiedniki nazwy ulic, a lokalni przewoźnicy poumieszczali na autobusach tablice z polskimi nazwami linii autobusowych, za co zresztą też doczekali się restrykcji finansowych ze strony Inspekcji.

— Ludzie piszą do nas skargi, czasami dzwonią, przysyłają też zdjęcia, więc musimy reagować, bo w tym przypadku jest naruszana ustawa o języku urzędowym, która jasno mówi, że na Litwie wszystkie nazwy ulic i napisy informacyjne powinny być wyłącznie w języku urzędowym, czyli po litewsku — Arūnas Dambrauskas tłumaczy, że inspektorzy językowi tylko wykonują swoją pracę. I chociaż przyznaje, że polski napis obok obowiązującego litewskiego wcale nie zagraża bytowi języka urzędowego, na każde „ale” jako prawdziwy biurokrata odcina, że prawo na Litwie obowiązuje wszystkich i powinno być przestrzegane przez wszystkich niezależnie od narodowości też.

Helena Tomaszewska wyrozumiale mówi, że nie ma nic za złe urzędnikowi z Inspekcji, który wykonuje swoją pracę, ale stwierdza, że nie zamierza ulegać ograniczeniom też jej praw człowieka, który chce używać języka ojczystego.

— Będę płaciła nakładane grzywny, ale nie poddam się – mówi stanowczo.