„Wileńszczyzna” w ich życiu: tancerka Ilona Dasewicz

7
22
Ilona na scenie Teatru Opery i Baletu Fot. Marian Paluszkiewicz

„To właśnie taniec mnie wybrał, a nie ja jego” — zapytana o początki swej 13-letniej przyjaźni z tańcem, żartuje Ilona Dasewicz. Jak twierdzi, zespół „Wileńszczyzna” stał się nieodłączną częścią jej życia, a także drugim kochanym domem.

Jeszcze jako uczennica początkowych klas Gimnazjum im. Konstantego Parczewskiego w Niemenczynie, w mieście którym się urodziła i mieszka, obserwując tańczącego na scenie Domu Kultury kuzyna, mała Ilonka  oświadczyła rodzicom, że chce tańczyć.

Wtedy to taniec ją poniósł i już 13 lat krok za krokiem idzie przez życie w rytmie ludowej muzyki…  6 lat poświęciła dziecięcemu zespołowi pieśni i tańca „Jutrzenka”, kolejne już 7 — przetańczyła w „Wileńszczyźnie”. Zamiłowaniem do tańca ludowego zaraziła też brata Aleksandra, który również jest członkiem tego zespołu.

— Z tańcem zaprzyjaźniłam się w zespole dziecięcym „Jutrzenka”. Początek ten dzisiaj wydaje się nawet zabawny. Pamiętam, jak wszyscy, którzy chcieli tańczyć w zespole, zebraliśmy się, a było nas około 25 osób na sali u pani Loni (Leonarda Klukowska, choreograf — red. przyp.). Włączyła wtedy muzykę i musieliśmy tańczyć, kto jak chciał, kto jak umiał. Osoby, które zakwalifikowały się, zostały podzielone na 3 grupy. Trafiłam do grupy starszej, z której  obecnie w „Wileńszczyźnie” tańczą Ania Andrulėnaitė i mój partner w tańcu Artur Kostecki — dzieli się wspomnieniami tancerka.

Od tej chwili z tańcem nie roztaje się  ani na chwilę. Jak powiedziała, ten pierwszy krok był dość łatwy, ale to był tylko początek żmudnej ale jak, że ciekawej pracy. Aby tańczyć w wymarzonej „Wileńszczyźnie” musiała „wyrosnąć” nie tylko wiekowo, ale potrzebowała doświadczenia. Po jakimś czasie zaczęła chodzić na próby do „Wileńszczyzny”…

Pamiątkowe zdjęcie z Robertem Komarowskim i Anią Andrulėnaitė Fot. archiwum

— Brałam udział w próbach. Ćwiczyłam ze wszystkimi. Jednak, gdy tancerze stawali w pary, ja siadałam na ławeczce i  obserwowałam. Musiałam być cierpliwa i taka byłam. Chociaż cierpliwość była czasami gorzka, ale jej owoce stały się słodkie. Pewnego razu zespół miał jechać na koncert do Częstochowy. Jedna z tancerek zrezygnowała z powodu pracy. Musiałam ją zastąpić. Byłam w szoku. Mój pierwszy koncert miał odbyć się za granicą! Oprócz tego z Robertem Komarowskim musieliśmy robić „solówki”! Miałam tremę, ale wszystko udało się — wspomina młoda tancerka.

Zapytana, jaki taniec lubi najbardziej, dziewczyna bez namysłu mówi, że te najtrudniejsze, które potrzebują większego wysiłku. O tym, że pracy Ilona się nie boi, świadczy też kierunek studiów, jakie wybrała. W ubiegłym tygodniu pomyślnie obroniła pracę licencjacką i po odebraniu dyplomu w końcu czerwca zostanie dyplomowanym pracownikiem socjalnym.

— Uwielbiam dzieci i jestem wrażliwa na każde zło, które ich spotyka. Podczas studiów na Uniwersytecie im. Michała Rőmera w Wilnie miałam możliwość w ramach programu Erasmus wyjechać do Estonii. Studiowałam semestr w Tallinie. Wożono nas po domach dziecka, centrach tymczasowego pobytu dzieci. Widziałam problemy, z jakimi się borykają. Widziałam też te małe powody dla ich radości. Wtedy uświadomiłam sobie, że wybrałam odpowiednią drogę. Prócz tego praktyki w „Pataisos inspekcija” oraz niemenczyńskim przedszkolu potwierdziły słuszność mojego wyboru — dumnie mówi Ilona.

Nim zapytam o plany na przyszłość, ciekawi mnie, jak wytrzymała semestr w Tallinie bez tańców.

— Nie tańczyłam wtedy długie cztery miesiące, ale jak zespół pojechał koncertować do Lidzbarku Warmińskiego na tradycyjne „Kaziuki Wilniuki”, z Tallina pojechałam za nim. Nie mogłam zostawić zespołu — mówi zakochana w tańcu dziewczyna.

A wracając do planów na przyszłość, młoda tancerka ma dzisiaj dylemat. Pracę pracownika socjalnego podczas studiów polubiła, jednak marzy o jeszcze jednym zawodzie.

— Chciałabym robić magisterkę w innej dziedzinie. Poważnie myślę o studiach na Wileńskim Uniwersytecie Pedagogicznym. Jeżeli obronię magisterkę z edukologii, będę mogła uczyć też tańca w szkole. W taki sposób taniec będę miała na co dzień, nie tylko podczas prób czy koncertów. Jaką drogę wybiorę, jeszcze się okaże — mówi.

Ilona nie ukrywa, że „Wileńszczyzna”, a szczególnie ludzie, z którymi razem kształtuje się jako tancerka, w jej życiu zajmują wyjątkowe miejsce.

— Czym jest dla mnie „Wileńszczyzna”? Stylem życia, drugim domem, w którym na mnie zawsze czekają bliscy  ludzie. Oprócz tego zespół otworzył mi okno na świat. Wątpię, że kiedyś samodzielnie wyjechałabym do Australii. A w ciągu  tych lat zwiedziłam wiele krajów, nawiązałam mnóstwo nowych znajomości. Polskę można powiedzieć znam już lepiej niż Litwę. Już nie policzę i nie wymienię miasta, w których koncertowaliśmy. Poznaje je po scenach. „Wileńszczyzna” dała mi taniec, możliwość odnalezienia i pokazania siebie. Oprócz tego, znalazłam tu swoją miłość, drugą połowę —  mówiąc o Germanie Komarowskim, dodaje rozmówczyni.

7 KOMENTARZE

  1. Zgadzam sie. Bardzo trafnie wybrali zdjecie do artykulu. Swietny artykul. Jednak Kultura pozwala pamietac, ze nie tylko pieniadze rzadza w zyciu i jest wiele ciekawych pasji zyciowych, ktore pozwalaja zyc i z tego sie cieszyc! Niech zyja kultura, niech zyje Wilenszczyzna!

  2. Na Wileńszczyżnie , Kowieńszczyżnie i Laudzie kultywowanie folkloru ma nie tylko wymiar kulturowy ale i narodowy.Nie przypadkiem Pan Korkuć współtworzył w każdej polskiej wioseczce zespół folklorystyczny. To co normalne gdzie indziej, tutaj staje się wyjątkowe…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.