„Wileńszczyzna” w ich życiu: tancerka Kornelia Wołkowa

291
Kornelia ze swoim partnerem Markiem podczas festynu „Kwiaty Polskie” w Niemenczynie Fot. Marian Paluszkiewicz

„To babcia Janina swoim przykładem pokazała mi, jak trzeba szanować strój ludowy, zaraziła miłością do tańca i nauczyła kochać wszystko, co jest polskie — wspomina Kornelia Wołkowa, opowiadając o swojej 17-letniej przyjaźni z tańcem ludowym oraz „Wileńszczyźnie”, którą już wkrótce z ogromnym smutkiem w sercu będzie musiała pożegnać.

Obecnie Kornelia Wołkowa jest absolwentką Zarządzania Komunikacją Uniwersytetu Wileńskiego, kierowniczką projektów w centrum kontaktów „Telenordi”, organizatorką imprez w Domu Kultury w Niemenczynie oraz — co ją szczególnie napawa dumą — tancerką reprezentacyjnego zespołu pieśni i tańca „Wileńszczyzna”.

W sercu natomiast to ta sama pełna entuzjazmu i „będąca wszędzie, gdzie trzeba” dziewczynka, która wchodziła na krzesło i „koncertowała”.

— Z babcią śpiewałyśmy, tańczyłyśmy. Do dzisiaj zachowałam jej zdjęcie w stroju ludowym, o którym tak wiele z miłością opowiadała i który między innymi bardzo szanowała. We wsi nikt nie miał strojów ludowych oprócz niej. Nie należała do żadnego zespołu. Po prostu je lubiła. Swój, wyprasowany i dopatrzony, zakładała jedynie na fest. To właśnie ona nauczyła mnie kochać taniec ludowy — z nostalgią o długich rozmowach z babcią opowiada Kornelia.

Jeszcze będąc dzieckiem, ciekawiła się i tańcem, i muzyką, i harcerstwem, i Bóg tylko wie jeszcze czym. Nawet będąc jednocześnie w wielu miejscach, nie mogłaby wszystkiego ogarnąć. Od pierwszych lat w Niemenczyńskiej Szkole Średniej nr 1., obecnie Gimnazjum im. Konstantego Parczewskiego, brała udział niemal we wszystkich zajęciach pozalekcyjnych. A więc rodziców nie zaskoczyła też jej chęć tańczenia.

Kiedy będąc uczennicą drugiej klasy, usłyszała z ust choreografa „Jutrzenki” Leokadii Klukowskiej, że jest jeszcze za mała, aby tańczyć w zespole, jej marzeniem stało się „jak najszybciej podrosnąć”. Chciała już w następnym roku założyć strój ludowy i wystąpić na scenie przed dużą publicznością.
Rok przeleciał w mgnieniu oka tak, jak kolejne dziesięć w zespole „Jutrzenka”.  Kiedy jej rówieśnicy zaczynali już tańczyć w „Wileńszczyźnie”, Kornelia wciąż była za niska…

— Oczywiście, przyszedł i na mnie czas. Swój pierwszy koncert w „Wileńszczyźnie” pamiętam tak, jakby to było wczoraj. Był to festyn „Polskie Kwiaty”.  Wtedy wykonywaliśmy taniec łękowy — wspomina.

Wkrótce dla Kornelii dobrano stałego partnera. Z Markiem Widuto w rytmie oberków, poleczek i wiele innych tańców przetańczyli wszystkie wspólne lata w zespole.

— Jeden, twa, trzy… Dziesięć… Siedemnaście.  Aż nie chce się wierzyć, że dla tańca ludowego w dziecięcym zespole „Jutrzenka” poświęciłam dziesięć lat, a po tym, jak puściłam korzenie w „Wileńszczyźnie” minęło kolejne siedem — wyliczając na palcach, wyjaśnia Kornelia.

We wrześniu „Wileńszczyzna” będzie obchodziła swoje 30-lecie. Na sali wileńskiego Teatru Opery i Baletu wystąpią wszystkie pokolenia zespołu. Na razie trudno jest powiedzieć, ile ogółem par tego dnia nas zaczaruje tańcem ludowym, wiadome jest, że wśród cieszących się jubileuszem tancerzy będzie też Kornelia pogrążona w smutku z powodu rozstania się z zespołem.

— Zdecydowałam się na studia magisterskie w Uniwersytecie w Aalborgu. A więc już w sierpniu wyjeżdżam do Danii. Na krótko wrócę jedynie po to, aby wziąć udział w jubileuszowym koncercie. W Danii studia są bezpłatne. Język angielski znam dostatecznie, a więc pracę chociaż dorywczą znajdę. Większość moich przyjaciół wyjechało za granicę w poszukiwaniu lepszego życia. Spróbuję też i ja — oznajmia Kornelia.

Oczywiste jest, że rozstanie z „Wileńszczyzną” będzie bolesne. Przecież, jak powiedziała Kornelia, zespół dał jej tak wiele, co najważniejsze, dał taniec oraz ludzi.

— Czy będzie to „żegnaj” czy raczej „do widzenia”, okaże się po 2 latach studiów. Że rozstanie będzie smutne i bolesne to fakt. Bo przecież są takie osoby, które raz poznane w zespole, na zawsze zostaną zapamiętane.  Przez te wszystkie lata żyliśmy jak jedna duża rodzina. Ile „wspólnych” wesel i chrzcin przetańczonych! Radość jednego z tancerzy jest radością całego zespołu, tak samo jest ze wspólnymi biedami. Tyle było głupich sytuacji i śmiesznych do łez chwil. Wszystko to przeżywaliśmy razem — smutnie uśmiecha się tancerka.

Kornelia w myślach przebiegła po chwilach najbardziej zapisanych w pamięci. W ciszy uśmiechnęła się.

— Jeżeli pamięć mnie nie zawodzi, był to festyn „Polskie Kwiaty”. Z Markiem w centrum tańczyliśmy oberka, czyli dla widowni byliśmy jak na dłoni. Wtem straciłam doczepiany warkocz. Ja tańczę, a on leży pod moimi nogami! Ktoś z widzów śmiał się z całego serca tak podobnie, jak ja z całego serca po koncercie płakałam. Byłam tak przygnębiona, że nie docierały do mnie żadne słowa pocieszenia — opowiada Kornelia.

— Pocieszenie jednak „znalazło się” następnego dnia. Pani Lonia na próbę przybiegła z wydaniem „Kuriera” w ręku, na którego pierwszej stronie było zdjęcie, gdzie w centrum byliśmy my z Markiem i co najważniejsze — jeszcze byłam z warkoczem! — śmieje się tancerka.

— Taniec i ludzie. Ludzie i taniec. Będzie mi tego brakować, a szczególnie tej satysfakcji, dumy, radości i „wielkości”, kiedy widownia na stojąco z gromkimi brawami, nieraz ze łzami zachwytu i zadowolenia dziękuje „Wileńszczyźnie” za każdy występ — dodaje Kornelia.