Co tam na Białorusi znów nowego słychać

Po wprowadzeniach po obydwu stronach zmian ograniczających przewóz towarów, przejścia graniczne z Białorusią już nie są tak zapchane, jak jeszcze kilka tygodni temu Fot. Aleksander Borowik

Dziś sytuacja na przejściach granicznych z Białorusią w niczym nie przypomina tej, sprzed 1 lipca.

Nie ma już kolejek białoruskich laweciarzy, wywożących z Litwy wszystko, co się rusza na czterech kółkach. Wcześniej przejścia przestały tamować tzw. przemytnicy paliwa z Białorusi. Sami zaś Białorusini coraz rzadziej przyjeżdżają na Litwę po zakupy, bo w ich kraju wciąż brakuje waluty. Z kolei Litwinów od wyjazdów za wschodnią granicę odstrasza malowany w mediach obraz łapanek na ulicach oraz opustoszałe lady sklepów.

Girl in a jacket

— Jest tu sporo przesady. Przed kilkoma dniami wróciłem z Białorusi i bynajmniej nie widziałem podobnych obrazów, bo w sklepach są towary — mówi w rozmowie z „Kurierem” wileński przedsiębiorca, Tadeusz Pietkiewicz, prezes „Klubu Współpracy Przedsiębiorców Unii Europejskiej i Wspólnoty Niepodległych Państw”.

A co z ulicznymi protestami?

Tadeusz Pietkiewicz Fot. Aleksander Borowik

— Powiem tak, że w każdym kraju jest grupa ludzi niezadowolonych z władz kraju. Również u nas są protesty przeciw władzom, więc na takie sprawy trzeba patrzeć bez zbędnych emocji, tym bardziej że te protesty są ani masowe, ani powszechne — zauważa wileński przedsiębiorca, którego poprosiliśmy o ocenę obecnej sytuacji na Białorusi oraz jej wpływ na relacje gospodarcze z Litwą, której firmy były ostatnio mocno zaangażowane na rynku sąsiada. Z badań przeprowadzonych wśród litewskich przedsiębiorców wynika, że załamanie się białoruskiej gospodarki, a przede wszystkim jej rynku finansowego odczuło na sobie i to poważnie około 20 proc. przedsiębiorstw pracujących na białoruskim rynku. Są to głównie problemy natury rozliczeniowej, wynikające z deficytu walut obcych na Białorusi. W tych warunkach niektóre litewskie przedsiębiorstwa wolały wstrzymać swoją działalność na rynku sąsiada, inne zaś szukały sposobów na rozwiązanie tych problemów i, wydaje się, znalazły — wymiana naturalna, czyli towar za towar lub za usługę. Media biznesowe podają, że taka wymiana, aczkolwiek jest kłopotliwa dla litewskich przedsiębiorców, głównie z tego powodu, że trudno znaleźć na Białorusi dobry towar i w dobrej cenie, jednak nabiera rozpędu, a kontrakty według tego schematu sięgają kilkuset tysięcy litów. Jak, na przykład, między litewskim przedsiębiorstwem „Actas”, które wysłało białoruskim partnerom swoją produkcję — ocet na sumę 200 tys. litów. W rozliczeniu otrzyma drewno, po zrealizowaniu którego na Litwie czy za granicą otrzyma walutę wymienną.

Zdaniem niektórych ekspertów, obecne kłopoty finansowe na Białorusi wzmocniły tam pozycję rosyjskiego rubla, co jeszcze mocniej wiąże ten kraj z Rosją Fot. Aleksander Borowik

Niektóre przedsiębiorstwa idą na jeszcze bardziej skomplikowane kontrakty wymiany naturalnej, bo obejmujące trzy strony. Według takiego schematu pracują z Białorusią kowieńskie młyny  „Kauno grūdai”, które w rozliczeniu za dostawy dla swojej córczynej spółki na Białorusi otrzymują produkcję drobiarską, która jest realizowana bezpośrednio w Rosji, skąd kowieńczycy otrzymują rozliczenia finansowe.

Mimo tak karkołomnych, wydaje się, mechanizmów, litewscy przedsiębiorcy raczej nie myślą o wycofaniu się z Białorusi, bo jak mówią, tam po prostu trzeba być.

— Trzeba być również dla perspektywy rozwoju na rynku Rosji i Kazachstanu, z którymi od lipca Białoruś połączyła unia celna — wyjaśnia nam Tadeusz Pietkiewicz, który również dobrze zna się na mankamentach obecnej wymiany handlowej z Białorusią. Wileński przedsiębiorca prowadzi bowiem na Litwie przedstawicielstwo „Belarusskaja Uniwersalnaja Towarnaja Birża” — „Białoruska Uniwersalna (wielobranżowa) Giełda Towarowa”. Od lat jest ona jednym z głównych mechanizmów białorusko-litewskiej współpracy gospodarczej, chociaż nie jest bezpośrednim uczestnikiem tej wymiany, lecz organizatorem transakcji handlowych. Giełda jest też poza sferą ingerencji państwowej, toteż, wydaje się, jej sytuacja najlepiej odzwierciedlałaby obecny stan relacji gospodarczych Białorusi z Litwą, jak też sytuację gospodarczą wewnątrz Białorusi.

— Ani z powodu kłopotów finansowych, czy też sankcji gospodarczych nałożonych na Białoruś, nie odczuwamy raczej większych zmian w wymianie handlowej za pośrednictwem naszej Giełdy, bo nie spada liczba kontraktów, ani też zainteresowanie obydwu stron do wymiany — zauważa prezes „Klubu Współpracy Przedsiębiorców Unii Europejskiej i Wspólnoty Niepodległych Państw”. W jego opinii, oznacza to, że biznes dostrzega perspektywę wyjścia białoruskiej gospodarki, szczególnie jej finansów z impasu.

— To kwestia najbliższych miesięcy, choć faktycznie jeszcze istnieją tam poważne problemy z brakiem waluty obcej, ale te problemy dotyczą głównie importerów z rynków zachodnich, które nie są podstawowym partnerem Białorusi — zaznacza nasz rozmówca.

Kontrasty białoruskie „łukaszenkonomiki” Fot. Aleksander Borowik

Jak wynika z danych białoruskiego urzędu statystycznego, wartość białoruskiego eksportu w okresie styczeń-maj wynosiła prawie 17 mld dolarów amerykańskich. Tymczasem import w odpowiednim okresie szacuje się na 19,6 mld. USD. Toteż, mimo załamania się rynku walutowego, Białoruś wciąż więcej importuje niż eksportuje, co prowadzi do miliardowych ubytków dewizowych na Białorusi. Toteż białoruskie przedsiębiorstwa mają odgórne wytyczne, żeby w ciągu kilku najbliższych lat zmniejszyć import co najmniej o 50 proc. od stanu obecnego.

Jak będzie wyglądała struktura konsumenckiego rynku na Białorusi, jeśli to rozporządzenie zostanie zrealizowane możemy widzieć już dziś w asortymencie półek sklepowych, gdzie zagraniczne towary zastąpiono produkcją białoruską. Problem jednak polega na tym, że nie są to towary równie dobrej jakości jak importowane, albo powstają pewne luki w asortymencie, bo okazało się, że nie ma białoruskiego odpowiednika importowanej dotąd produkcji. Dlatego, zdaniem ekspertów, białoruska gospodarka na dłuższą metę nie poradzi sobie bez importu i jeśli dziś zrezygnuje z wwozu wielu towarów, to jutro będzie zmuszona do wwozu technologii i surowców, żeby te towary produkować u siebie.

Jednak białoruskie statystyki, przynajmniej te oficjalne, przedstawiają pozytywnie zarówno obecną, jak i przyszłą sytuację gospodarczą. Jak podaje Narodowy Komitet Statystyki Białorusi, w pierwszym półroczu kraj odnotował wzrost gospodarczy na poziomie 11 proc. PKB w porównaniu do odpowiedniego okresu w roku ubiegłym. Oznaczałoby to, że białoruska gospodarka jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się gospodarek nie tylko w tym regionie i w Europie, ale też na świecie. Delikatnie mówiąc, koliduje to nieco z ewidentnym ograniczeniem działalności wielu przedsiębiorstw, jak też z wysoką inflacją, która w pierwszym półroczu tego roku wyniosła ponad 36 proc.

Średnio statystyczny Białorusin zarobił w maju około 800 litów brutto, tymczasem najmniej — około 570 litów „na papierze” zarabiają białoruscy rolnicy Fot. Aleksander Borowik

A tymczasem, póki na białoruskiej przestrzeni stykają się globalne nurty gospodarcze, wywołując tam mniejsze lub większe turbulencje i zawirowania, pospolici „walizkowi” handlarze, czy też tankujący na Białorusi kierowcy, urobieni przez rząd Kubiliusa do rangi przemytników paliwa, powoli szukają nowych możliwości w mocno zmienionej sytuacji, aczkolwiek asortyment podstawowych towarów godnych ich uwagi pozostaje ten sam — paliwo, papierosy, alkohol.

O tym, że drobni ciułacze grosza chyba już znaleźli sposób na nowe realia, pośrednio może świadczyć fakt, że białoruskie zakłady tytoniowe, mimo że zwiększyły ostatnio produkcję o kilkadziesiąt procent, wciąż nie nadążają za popytem na ich wyroby.

Również przewożący paliwo wykazali się pomysłowością i po tym, jak ograniczono im ilość razy przekraczania granicy bez konsekwencji celnych, to teraz, owszem, oni granicę przekraczają rzadziej, ale za każdym razem tankują dwukrotnie więcej. Bo jeśli wcześniej tankowali do baków standardowych, to teraz instalują baki o zwiększonej pojemności — nawet do 180 litrów w przypadku volkswagena passata.