Podatek gruntowy ma pogrążyć spekulantów… i resztę właścicieli

Zdaniem władz Wilna, większy podatek gruntowy ożywi rynek nieruchomości, tymczasem deweloperzy ostrzegają, że może on ostatecznie zniechęcić inwestorów Fot. Marian Paluszkiewicz

Mer Wilna Artūras Zuokas zapowiedział, że spekulanci zapłacą najwyższy możliwy podatek gruntowy — 4 proc. od wartości rynkowej.

Takie prawo samorządy otrzymały po nowelizacji „Ustawy o podatku gruntowym”. Poprawka ta zwiększa właśnie podatek z 1,5 do 4 proc. oraz pozwala samorządowi na zróżnicowanie podatku dla poszczególnych grup właścicieli gruntów. Co więcej, jeśli wcześniej podatek był naliczany od tzw. ceny państwowej gruntów, to za 2012 rok podatek będzie naliczany od ceny rynkowej, która zazwyczaj jest znacznie większa niż ta obliczona przez Centrum Rejestru.

Zarówno włodarz miasta, jak też deweloperzy pracujący w stolicy uważają, że zmiany w ustawie podatkowej są przysłowiową łyżką po obiedzie, to jednak stołeczne władze, w odróżnieniu od deweloperów spodziewają się jeszcze jakiejś korzyści z nowelizacji.

— Ta nowelizacja nadaje samorządom więcej uprawnień, toteż dobrze się stało, że została ona przyjęta, bo lepiej później niż wcale – powiedział „Kurierowi” mer Wilna Artūras Zuokas.

Wprowadzając wyższy podatek gruntowy, miasto spodziewa się wyeliminować z rynku spekulantów, którzy teraz skupują parcele i oczekują, że w przyszłości ceny na ziemię znowu wzrosną, więc liczą na dobry zarobek. Zdaniem mera Wilna, faktycznie ziemia ta leży nieużytkowana i nie generuje inwestycji, co też ogranicza rozwój miasta.

Administracyjne struktury miasta już rozpoczęły weryfikację właścicieli gruntów na przedmiot ich „spekulatywności”. Jak informuje stołeczny samorząd, przedstawiciele gmin sprawdzają, które z gruntów leżą odłogiem, które nie są zagospodarowywane, bo jak tłumaczą stołeczne władze, właściciele wielu parceli zwyczajnie czekają na ewentualne ożywienie rynku nieruchomości, żeby z zyskiem odsprzedać swoje grunty inwestorom. Wielu z nich zatroszczyło się też o pozyskanie planów detalicznych, jak też odpowiednich pozwoleń na budowę, żeby jeszcze bardziej podbić cenę swojej działki.

Tymczasem prezes zarządu Litewskiego Zrzeszenia Rozwoju Rynku Nieruchomości Robertas Dargys uważa, że podatek gruntowy w najbardziej skrajnej jego formie jeszcze bardziej pogrąży stołeczny rynek nieruchomości. Dargys uważa, że z powodu nowego podatku cena na ziemię w stolicy jeszcze bardziej spadnie, co z kolei jeszcze bardziej zaktywizuje spekulantów. Tymczasem deweloperzy, którzy już dziś nie mają środków potrzebnych na planowe zagospodarowanie parceli (a banki wciąż niechętnie udzielają pożyczek na te cele) będą zmuszeni za bezcen wyzbywać się gruntów, które trafią właśnie w ręce spekulantów.

— Nie wątpię, że ceny spadną, bo dziś rynek ziemski jest faktycznie obumarły. Kupujących prawie nie ma — mówi nam Robertas Dargys. Podkreśla też, że w tej sytuacji nowelizacja ustawy podatkowej nie tyle ograniczy spekulatywne tendencje na rynku, ale uderzy przede wszystkim w plany inwestorów, którzy, jeśli nie dziś, to jutro, mogliby rozruszać na nowo stołeczny rynek nieruchomości.

Tymczasem statystyki umów kupna-sprzedaży stołecznej ziemi wskazują, że ten rynek nie jest całkiem obumarły. Bo jeśli w przedkryzysowym 2007 roku odnotowano w Wilnie 2660 umów kupna-sprzedaży ziemi, to po drastycznym spadku w kolejnych latach — odpowiednio 1530, 1253 i 1730, tylko do grudnia 2011 roku zawarto 1919 umów o sprzedaży ziemi w stolicy. Deweloperzy, co prawda, nie widzą w tych statystykach żadnego optymizmu, bo jak twierdzą, większość transakcji dotyczy nie umów rynkowych, lecz przejęć bankowych lub przekazania gruntów za długi.