Referendum na Łotwie: rosyjski nie będzie językiem urzędowym

288
74,8 proc. głosujących w niedzielnym referendum na Łotwie opowiedziało się przeciwko nadaniu językowi rosyjskiemu statutu drugiego języka urzędowego Fot. EPA-ELTA

Krótkie pytanie, rekordowa frekwencja i jasna odpowiedź — język rosyjski nie będzie drugim językiem państwowym. Tak zadecydowali Łotysze w niedzielnym referendum.

Według wciąż jeszcze nieoficjalnych wyników referendum, za odrzuceniem wprowadzenia drugiego urzędowego opowiedziało się 74,8 proc. głosujących. Tymczasem za wprowadzeniem języka rosyjskiego do biegu publicznego głosowało 24,88 proc. uczestniczących w referendum. Frekwencja w nim wyniosła 71,12 proc. Obserwatorzy zaznaczają jednak, że wyniki referendum mogłyby być zupełnie inne, gdyby do głosu była dopuszczona prawie 300-tysięczna społeczność tzw. nie obywateli Łotwy.

Mimo wyraźnych wyników referendum większość odpowiedzialnych łotewskich polityków uważa, że plebiscyt nie rozstrzyga problemu integracji rosyjskojęzycznej społeczności na Łotwie, jak też to, że dotychczasowa polityka naturalizacji prowadzona przez Rygę poniosła fiasko.

Jedynie łotewscy nacjonaliści zrzeszeni w koalicji „Wszystko dla Łotwy” uważają stanowczo, że sprawa językowa została załatwiona i zaczynają polowanie na czarownice, czyli na tych, którzy do referendum doprowadzili. Przedstawiciele nacjonalistycznej koalicji odbierają wyniki referendum jako przyzwolenie na dalszą asymilację niełotewskiego społeczeństwa Łotwy. Zapowiedzieli już, że będą dążyli do wyrugowania języków mniejszości narodowych z placówek oświatowych, w których, ich zdaniem, nauczanie powinno odbywać się wyłącznie w języku łotewskim.

Liderzy ugrupowania „Wszystko dla Łotwy” apelują też do władz o wydzielenie środków na repatriację do Rosji i innych krajów rosyjskojęzycznych obywateli kraju, którzy nie zgodzą się z polityką asymilacji. Co więcej, już teraz liderzy nacjonalistów domagają się deportacji z Łotwy liderów ugrupowań politycznych zrzeszających rosyjskojęzyczne mniejszości.

Referendum okazał się dla Łotwy przysłowiową puszką Pandory, bo w niektórych rejonach kraju, szczególnie w Latgalii, zdecydowana większość uczestników referendum opowiedziała się za językiem rosyjskim jako drugim urzędowym. Ich liczba w niektórych miastach wyniosła nawet 90 proc. wśród głosujących. W całej Latgalii za językiem rosyjskim opowiedziało się 55 proc. głosujących, a w jej stolicy, a zarazem drugim pod względem wielkości łotewskim mieście — Dyneburgu — aż 85 proc. uczestników referendum glosowało za nadaniem rosyjskiemu statutu drugiego języka urzędowego. Dlatego samorządowe władze tych rejonów i miast domagają się teraz wprowadzenia języka rosyjskiego na szczeblu samorządowym.

Taką możliwość kategorycznie odrzuca łotewski premier Valdis Dombrovskis zauważając, że mieszkańcy tzw. rosyjskojęzycznych rejonów kraju od dawna używają języka rosyjskiego w samorządach i są obsługiwani w tym też języku na szczeblu samorządowym.

Inicjatorzy referendum — Władimir Linderman (który nie ma łotewskiego obywatelstwa) oraz Nił Uszakow, mer Rygi, a zarazem lider rosyjskojęzycznej koalicji „Porozumienie Centrum” mówią, że nie liczyli, iż referendum wygra. Ich zdaniem, była to raczej forma protestu przeciwko oficjalnej polityki wobec mniejszości narodowych oraz braku dialogu łotewskich władz z tymi mniejszościami.

— Jestem przekonany, że w wyniku referendum większość społeczeństwa nabrało zrozumienia, że sprawa języka jest dla Łotwy problemem i trzeba zastanowić się, jak ten problem rozstrzygnąć — po referendum oświadczył Nił Uszakow. Mer zapowiedział też, że samorząd Rygi jeszcze w tym roku przyzna dodatkowe środki na organizowanie kursów języka łotewskiego, żeby każdy chętny mógł nauczyć się języka państwowego. Równocześnie Uszakow zaapelował do władz o przerwanie prowadzonej od 20 lat polityki ignorowania potrzeb mniejszości narodowych i rozpoczęcia z nimi dialogu.

Problemom językowym Łotwy uważnie przyglądano się również w Estonii i na Litwie, gdzie są podobne problemy z mniejszościami narodowymi. Jednak w Estonii i na Litwie inaczej odebrano wyniki referendum, bo jeśli litewskie władze — przewodnicząca Sejmu Irena Degutienė oraz minister spraw zagranicznych Audronius Ažubalis ogarnięci euforią zaczęli gratulować łotewskim władzom „zwycięstwa” jeszcze przed podaniem wstępnych wyników referendum, to estońskie władze zachowały wstrzemięźliwość i na razie oficjalnie nie komentują wyników referendum sąsiedniego państwa.