Kosze z Szyłan — korzeniami plecione

W pleceniu koszy Henrykowi Wojciechowskiemu pomaga krewniaczka Irena Krupowicz, ale podsta- wę, łęk i najważniejsze „zamek” to już robi tylko dziadek<br/>Fot. Marian Paluszkiewicz
W pleceniu koszy Henrykowi Wojciechowskiemu pomaga krewniaczka Irena Krupowicz, ale podsta-
wę, łęk i najważniejsze „zamek” to już robi tylko dziadek
Fot. Marian Paluszkiewicz

Mimo że tegoroczny Kaziuk może się poszczycić rekordową liczbą sprzedawców — 1 600 osób — nie będzie wśród nich wielu twórców ludowych, dla których Kaziuk stołeczny ostatnio jest nieosiągalny. Z racji najzwyklejszej — stoisko jest dla wielu za drogie. Bo ileż na przykład trzeba spleść koszy, by opłaciło się wynajęte miejsce, które za jeden tylko dzień kosztuje 90 litów…

Dlatego autentycznych, unikalnych wyrobów, z których od dawien dawna szczyciła się Wileńszczyzna, jest na Kaziuku coraz mniej. Chińszczyzna i jej pochodne zapanowały na całego, a to, co współcześni organizatorzy Kaziuka nazywają „ludowością” — na pewno nie ma ze sztuką ludową nic wspólnego.

Sztuka ludowa Wileńszczyzny — była podstawą stołecznego Kaziuka, a który w Wilnie narodził się dokładnie 410 lat temu. Na szczęście po dziś dzień są wsie podwileńskie — Krawczuny, Nowosiołki, Ciechanowiszki, Wojwodziszki i inne w których zbierane, suszone, farbowane są kwiaty, z których miejscowe palmiarki wyczarowują palmy — te „ruszczycowskie sny o pięknie”.

Są jeszcze wsie, gdzie jak przed laty w każdym prawie domu zimą mężczyźni wyplatają kosze, strugają niecki, kobiałki i z tym wyruszają na początku marca na Kaziuka. No, może już nie do Wilna… Do Niemenczyna, gdzie dokładnie za tydzień na Kaziuczku Niemenczyńskim będzie jeszcze można wiele unikalnych wyrobów kupić.

W tym na przykład kosze. Unikatowe! Bo wyplatane z… korzeni sosnowych, które po dziś dzień, jak się dowiadujemy w starostwie zujuńskim, wyplatane są w jednym jedynym domu w Szyłanach.

…Dosłownie 20 minut jazdy od stołecznej dzielnicy Zameczek, skręt z drogi Wilno-Suderwa w lewo, kilka kilometrów prawie dziewiczym borem i już są Szyłany. Nieduża wieś przycupnięta przy prawym brzegu Wilii. Można sobie wyobrazić jak latem jest tu ładnie, nic więc dziwnego, że wielu nowobogackich zamarzyło tu swoje pałacyki zbudować i skutecznie je ukryć od ludzkiego oka. Na taki właśnie inkluz nowoczesnej agroturystyki (oczywiście prywatny) natrafiamy przypadkowo, jadąc od strony Rokanciszek, gdyż drogowskaz, który latem zabraniał jazdę drogą na wprost, widocznie zapomniano na zimę usunąć. Dzięki błądzeniu mamy okazję być niepożądanymi gośćmi w świeżo co wznoszonych w regionalnym parku budowlach.

— Nie, pani, budować tu nie można, u nas w Szyłanach nawet na rekonstrukcję domu trzeba pozwolenie dostać — to dla nas, miejscowych. Przybysze są widocznie mądrzejsi, proszę zobaczyć nawet w naszym osiedlu, jakie domy pobudowali… — z nutką goryczy mówi Irena Krupowicz, która nas spotyka przy kościele w Szyłanach i prowadzi do swego domku, abyśmy mogli naocznie się zapoznać ze sztuką wyplatania koszy. Unikatowych teraz, gdyż wyplatanych z… korzeni sosnowych.

Kilkakrotnie przepytuję: jak to z korzeni? Wykopujecie je spod śniegu?

Pani Irena uśmiecha się pobłażliwie dla mojej niewiedzy i mówi: „O nie, trzeba je zbierać jesienią, by potem w ciągu zimy mieć podstawowy materiał do pracy.”

Senior tego rzemieślnictwa to jej przybrany dziadek — Henryk Wojciechowski. W Szyłanach on już tylko jeden, kto kosze wyplata. A przecież jeszcze nie tak dawno w ich osiedlu prawie w każdym domu gospodarz umiał na przykład kosz na ziemniaki z łozy spleść. „Kosze wyplatał Zapolski, Zimitrowicz i wielu innych naszych sąsiadów” — mówi pani Irena.

Zamyśla się na chwilę, czy aby kogoś nie pominęła i po chwili kontynuuje:

— Co innego takie z korzeni sosnowych, które i na święconkę do kościoła pasują, i na jagody do lasu, i w domu do przechowania różnych rzeczy się nadają. Są białe, piękne i mocne. Tu już mistrzostwo i cierpliwość się liczy, bo ileż to pracy trzeba włożyć, by takie cacko z daru lasu wyczarować. Tu już mój dziadek, czyli Henryk Wojciechowski, jest nieprześcigniony — mówi nasza rozmówczyni.

Pan Henryk od dawna nie chodzi. Jako małe dziecko bardzo się przeziębił, nogi mu od przewiania skręciło.

— Czego to rodzice nie robili, ileż razy sadzili mnie nawet na mrowisko, i tak mnie mrówki swymi ukąszeniami, które po dziś dzień pamiętam, leczyły — mówi pan Wojciechowski. — Jedną nogę udało się odratować. Wtedy na lekarza nie było pieniędzy. A druga noga, o ta, zwisająca jak skarpeta — tak i pozostała niewładna. Na całe życie. Teraz już obie moje nogi nieposłuszne, nie chodzę… Wszystko jest na Irence, córce mojego zmarłego brata (jej ojca), która i mną, i swoją mamą, moją bratową Heleną (też na wózku inwalidzkim), się opiekuje… — ze smutkiem mówi senior.

Bo, jak może mówić bez smutku, jeżeli boli nie tylko samo kalectwo, ale też stosunek lekarzy. Bo — jak nam za chwilę opowie — kiedy lekarz ustalał grupę inwalidzką, to go jeszcze zbeształ: „Oszust jesteś, chcesz na pierwszą grupę (czyt. więcej płatną) pretendować? Wystarczy ci drugiej!”.

No i ma te skromne pół tysiączka na miesiąc. Na wszystko: jedzenie, opał, leki… Dobrze, że umie kosze pleść, to trochę dorobi. Chociaż jeżeli pomyśleć, ile pracy, trudu trzeba włożyć, aby taki kosz powstał — to nietrudno wyobrazić, ile by musiał w rzeczywistości kosztować.

Ale, kto to tyle zapłaci? Ludzie są biedni, więc jeżeli tam 10, 20, 30 litów się otrzyma — to wystarczy na jeden-kilka bochnów razowca i drogę do miasta i z powrotem. Nic nie zostaje.

A przecież, jak przypomina Wojciechowski, kiedy jego ojciec, który także takie kosze wyplatał, wracał z miasta z utargiem za jeden kosz z pół workiem żyta. Teraz człowiek wraca z jedynym bochenkiem chleba…

Wartości się przemieszały. Ale dla niego wyplatanie, to nie tylko dochód (chociaż bardzo mizerny), ale i sens życia. Bo przecież każdy koszyk jest inny. Różni się formą, szczegółami, surowcem, z którego jest zrobiony. Plecie kosze z łozy, ale one, jak mówi, są „gospodarskie” — na ziemniaki, jagody, drzewo. A te z korzeni sosnowych, to już naprawdę śliczne. Bialutkie i takie pachnące ziemią i lasem…

W pleceniu koszy pomaga mu Irena, ale, jak mówi, podstawę, łęk i najważniejsze „zamek” to już robi tylko dziadek. Bo od „zamka” zależy długotrwałość wyrobu.

— Nasze kosze mogą służyć 20 lat i więcej, jeżeli ich się szanuje — mówi pan Wojciechowski. Sam taki szacunek ma do wszystkiego. Do ziemi, na której wyrósł, do lasu, który jest obok i który niesie dochód — jagody, grzyby, korzenie, patyki łozy, leszczyny, czeremchy (szczególnie mocne) dla każdego, kto się nie leni.

Kosze z Szyłan prezentowane były w Polce, woziła je tam pani Irena. W tym roku zapowiada się też wyjazd do Warszawy.

Umie je tak świetnie zapakować, że na taki jeden wyjazd wywozi jakieś 60 koszyczków. W Polsce rozeszły się dosłownie w ciągu jednej chwili. Owszem, dużo kto tam wikliniarstwem się trudni, ale koszy z korzeni nie widziała.

Nic więc dziwnego, że te unikatowe wyroby zdobyły szereg dyplomów wszędzie tam, gdzie były eksponowane. Ma „kolekcję dyplomów” — od mera Wilna, od Jerzego Bahra, który był ambasadorem RP w Wilnie, od władzy rejonu wileńskiego, organizatora święta „Kwiaty Polskie” w Niemenczynie. Bo fakt, że te kosze w świat wyruszyły — to ogromna zasługa Michała Treszczyńskiego, jednego z organizatorów wystawy ludowej, która przebiega w ramach „Kwiatów Polskich”.

— Pochodzi z Szyłan, gdzie jego rodzice po dziś dzień mieszkają — mówi pani Irena. — To on nam kosze rozsławił.
Ale sama to nie za często ma możliwość wyjechać z nimi, bo przecież w domu dogląda bliskich chorych.
— Ale w tym roku do Niemeczyna na pewno pojadę, rodzina siostry, która mieszka obok, wyręczy — mówi pani Irena.

Nie za dużo radości ma obecnie w swym życiu. Tak się jej życie ułożyło, że z miasta, gdzie mieszkali z mężem, musiała wrócić do rodzinnych Szyłan, by opiekować się mamą i dziadkiem. Jej męża zabrała straszna choroba. Dobrze, że w Szyłanach zna każdego. Że tu mieszkają jej siostry — rodzina Ani prawie na tym samym podwórku, a Jani — obok kościoła. Drewnianego. Stojącego na połączeniu trzech dróg z bardzo ciekawym wystrojem wnętrz. W którym w głównym ołtarzu znajduje się obraz św. Trójcy, słynący jako cudowny. Według miejscowej legendy, obraz ten miał się objawić na wierzbie pastuchom pilnującym bydła. Obraz ten powstał prawdopodobnie w końcu XVII wieku (ewentualnie początek XVIII wieku), a już w XIX był uważany przez miejscowych mieszkańców jako cudowny. Dawne źródła podają, że w XIX wieku w kościele szyłańskim był jeszcze jeden cudowny obraz, przedstawiający Matkę Boską. Autorem obrazu miał być miejscowy organista, któremu Święta Osoba objawiła się we śnie.

No, ale temat Szyłan, kościoła — to temat osobny. Nie mniej chyba intrygujący, jak ludzie, którzy tu mieszkają i którzy wyczarowują takie unikalne rzeczy. Z darów ziemi wydobytych…