Ten najbliższy i ten daleki świat rodziny Tomaszewskich

119
Jedna  z  najmilszych  chwil tej tak znanej, a tak skromnej rodziny państwa Tomaszewskich - w domowym zaciszu    Fot. Marian Paluszkiewicz
Jedna z najmilszych chwil tej tak znanej, a tak skromnej rodziny państwa Tomaszewskich – w domowym zaciszu Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy na niebie pojawia się pierwsza gwiazdka, rodzina zasiada do świątecznie nakrytego stołu. Gospodarz domu robi znak krzyża, bierze do rąk opłatek — ten Chleb biblijny, z którym utożsamił się sam Chrystus i dzieli się nim z wszystkimi, kto w ten tak radosny wieczór — oczekiwania na przyjście Pana — jest razem.

Tak jest w każdej chrześcijańskiej rodzinie. Tak – o ile pamięta europarlamentarzysta, lider AWPL Waldemar Tomaszewski, najbardziej znany i popularny Polak nie tylko na Litwie, ale i poza jej granicami – zawsze było i jest po dziś dzień w jego rodzinie.
Rodzina dla niego to największa wartość, bo przecież od niej zaczyna się świat każdego człowieka, ten najbliższy i ten, który w ciągu całego życia będzie mu dane objąć.

A ponieważ Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła nadchodzący 2014 rok Międzynarodowym Rokiem Rodziny, myśląc o artykule na dzień Wigilii, święcie tak bardzo rodzinnym, planujemy, że ma to być rodzina Waldemara Tomaszewskiego.
Łatwo zaplanować, ale wiedząc, że ma rozplanowany czas co do minuty, nie jesteśmy pewni, czy nam to się uda. Pan Waldemar chętnie przystaje na naszą prośbę. I oto jesteśmy gościnnie witani przez gospodarzy mieszkania — państwo Wioletę i Waldemara Tomaszewskich.

Są ze sobą lat dwadzieścia pięć i właśnie w tym odchodzącym już 2013 obchodzili swoje srebrne gody.
Poznali się w szkole, dawnej 11-tce na Krupniczej — dziś gimnazjum im. Mickiewicza, ale tak naprawdę wypatrzyli jeden drugiego, jak przypominają, na obozie pracy, jakie w owe czasy organizowano dla uczniów klas starszych. Oni taką praktykę mieli niedaleko Turmont.

„Po latach właśnie w tych okolicach założyłem koło ZPL, które dotychczas pomyślnie działa, bo w tych okolicach zawsze mieszkali Polacy” — mówi pan Waldemar.
Temat polskości, przynależności narodowej dla gospodarzy tego domu jest tak samo ważny jak wiara, którą wynieśli oboje z domów rodzinnych, domów przesiąkniętych tradycjami narodowymi, których nie przytępiły czasy sowieckie, a wraz z tym związane szykany ze strony władz ówczesnych.
Ojciec Waldemara pochodzi z Giedrojciszek, co to niedaleko Korwia leżą, w których to jak nigdzie indziej dobrze, jak tylko ma chwilkę, odpoczywa.

„Z punktu widzenia geograficznego, ulokowania, przyrody, nie są to miejsca wyjątkowe — te lasy, krzaczki i te nasze tak podwileńskie rojsty, ale dla mnie jakże ważne, tu odpoczywam duszą, tu czuję się jak nigdzie dobrze” — mówi.
Nasze wspomnienia lecą właśnie do tej wsi, gdzie w roku 1935 roku we wsi Giedrojciszki urodził się ojciec Waldemara — Władysław, wieloletni (ponad 40 lat pracy na tym stanowisku) dyrektor Płacieniskiej Szkoły Podstawowej w rejonie wileńskim.
Odszedł nagle prawie w Wigilię Bożego Narodzenia… Żona, synowie, przyjaciele, koledzy, do dziś nie mogą się z tym faktem pogodzić. Smutne wspomnienia wracają więc prawie każdego roku w tym okresie przedświątecznym, ale obok są przecież wspomnienia jasne, ciepłe, radosne, z domu rodzicielskiego. Domu szczególnego. Bo był to zawsze dom, w którym z wielkim pietyzmem pielęgnowano narodowe i katolickie tradycje. Tak było u rodziców Waldemara, tak było też u jego dziadków.

Jego mama, wieloletnia polonistka tej samej Szkoły Płacieniskiej, dla której oboje z mężem oddali 79 lat życia, pochodzi z Wilna. Rodzinna ziemia mamy to obecne wileńskie Lazdynai, chociaż jak za chwilę się dowiem, te tak dawniej nazywane Leszczyniaki — to dawniejsze wioseczki: Ragutczyzna, Górne Szałtuny, tu była też Szeszkinia niemająca nic wspólnego z dzielnicą leżącą nieopodal drogi wiłkomierskiej.

Waldek urodził się w Nowosiołkach, ale jak sam mówi, tego okresu nie pamięta, bo jako małe dziecko, kiedy zaczęto budować nową dzielnicę, Lazdynai — tu zamieszkał wraz z rodzicami, niedaleko centrum handlowego „Erfurtas”. I tu jego nie tylko dzieciństwo, ale i młodość minęła. Zna tu dokładnie każdą ścieżkę, każdy krzaczek. Tym bardziej, że faktycznie przecież to ich ojcowizna — niezwrócona po dziś dzień, zabudowana nowymi blokami, a w przypadku ich hektarów — domami i przedszkolem niedaleko sklepu „Ąžuolas”.
Do szkoły zaczął uczęszczać w Leszczyniakach, ale ponieważ polskie klasy były wówczas tylko początkowe, dalej była 11 średnia na Krupniczej — dzisiejsze gimnazjum im. A. Mickiewicza.

Rodzina dla Tomaszewskiego to największa wartość Fot. z albumu rodzinnego
Rodzina dla Tomaszewskiego to największa wartość Fot. z albumu rodzinnego

Były to inne lata, ale on, tak jak i jego starszy brat Mietek, doskonale znali prawdę o Katyniu, o napaści ZSRR na Polskę. Tą prawdą podzielili się w szkole z kolegami. Ba, Waldek posunął się jeszcze dalej: podczas lekcji wychowania patriotycznego, gdy wychowawczyni zachwalała „wielkie” dokonania Związku Radzieckiego, nie wytrzymał i publicznie, wobec całej klasy, zarzucił ZSRR wielką zbrodnię. Chodziło o Katyń.
Mogło się źle skończyć, gdyby nie to, że bracia uczyli się bardzo dobrze, a i w szkole donosicieli nie było. Sprawę zatuszowano. Ale on swego bojowego charakteru nie zmienił. Zawsze był odważny.

Nauka w Instytucie Inżynierów Budowlanych, kilka lat służby wojskowej (no, bo jakże w owych czasach bez niej) i powrót do rodzinnego miasta. Do miasta, gdzie czekali nie tylko rodzice, brat, ale i sympatyczna Wioleta. Nie od razu się pobrali, wszak byli bardzo młodzi, ale dobrze wiedzieli, że chcą i będą razem. Dlatego równo przed 25 laty w wileńskim kościele pw. Ducha Świętego obiecali sobie wierność na wszystkie lata. Na dobre i złe.

Takie to jest życie, że czasami dla młodych daje bardzo poważne do złożenia egzaminy. Właśnie taki na wstępie swej drogi życiowej otrzymali Tomaszewscy. Ich pierworodny Władek, tak nazwany w cześć ojca Waldemara, urodził się ciężko chory. Walczyli o jego zdrowie od pierwszej chwili, obijali progi gabinetów lekarskich. Czasami zapewne Wioleta, jak to każda kobieta w nocy po cichutku sobie pytanie zadała: Boże, dlaczego, za co? I łzę uroniła…
Z biegiem czasu przyjęli chorobę syna z pokorą i stali się jeszcze bardziej zwarci, bo wiedzieli, że jedno bez drugiego nie da rady.

Tak byli i są sobie potrzebni, wyręczając się wzajemnie. Kiedy maluśki Władek całymi nocami płakał, Waldemar brał go na ręce wychodził do drugiego pokoju, by żona miała kilka minut spokoju. Czy jakakolwiek kobieta to zapomni! Tym bardziej, że jemu też nie było łatwo — musiał obronić dyplom inżyniera.
A potem nadszedł czas przedświtu. Nadzieja na wolność Litwy, a tym samym i nadzieja na lepsze czasy dla mieszkających tu Polaków. Jakże jego w tym mogło zabraknąć? Był zawsze, kiedy ważyły się losy rodaków.

Od tych lat 1992-1996, kiedy pracował w sekretariacie frakcji Sejmowej Związku Polaków na Litwie. Współzałożyciel Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Na III zjeździe tej organizacji w 1999 został wybrany jej przewodniczącym, którym jest po dziś dzień ciesząc się pełnym zaufaniem Polaków.
Poseł na Sejm RL trzech kadencji. W 2009 roku został wybrany do Parlamentu Europejskiego. To jakże niepełna wyliczanka z życiorysu politycznego Waldemara Tomaszewskiego.

„Nie znam drugiego takiego organizatora jak Waldek, nie mówię to w szerokim kontekście, ale w tym rodzinnym. Bo tak umie wszystko połączyć, by mimo ogromnego zajęcia na co dzień maksymalnie wygospodarować czas dla rodziny. Widzę i wiem, że rodzina dla niego jest bardzo ważna” — mówi Wioleta. A po chwili kontynuuje: „Jako żona cieszę się z każdego jego sukcesu i przeżywam, kiedy widzę telewizyjne debaty, w których z racji na to, że jest liderem Polaków, ma obstrzał szczególny. Podziwiam go, że to wszystko wytrzymuje i że jest troskliwym ojcem 24-letniego Władysława i o 9,5 lat młodszego Pawła. To dla nich ogromny autorytet. Wiem, że takim autorytetem dla Waldka był jego ojciec Władysław”.

„Żona nie przesadza, że nasz ojciec był dla nas z bratem wielkim autorytetem. Tak samo jak i mama. Dla dzieci jest bardzo ważne to, o czym rodzice rozmawiają, jakie wartości cenią. Kiedy dziś mówimy o wieczerzy wigilijnej, doskonale pamiętam ten okres przygotowania. Z bratem pomagaliśmy mamie i ciasto drożdżowe ugniatać, i śliżyki krajać, i choinkę upiększyć.

A jakież to były chwile, kiedy wszyscy razem śpiewaliśmy kolędy, kiedy słuchaliśmy rozmów dorosłych nie tylko o tym wieczorze radosnego oczekiwania, ale też o polskości, wierze, tradycjach. Nasza rodzinna Wigilia gromadziła około 30 osób — rodzina była większa. Wszystkim miejsca przy stole wystarczało, wszystkim zamiast drogiego prezentu było zawsze ciepłe słowo, serdeczne życzenie” — przypomina gospodarz domu. Od lat państwo Wioleta i Waldemar Tomaszewscy spędzają Wigilię w swoim domowym zaciszu. Sami swoi: rodzice, synowie oraz mama Wiolety pani Irena Narkiewicz, która z rodziną córki mieszka.

Podczas finału plebiscytu „Polak Roku 2005”, którego to pan Waldemar Tomaszewski był zwycięzcą dwukrotnie (2001) Fot. z albumu rodzinnego
Podczas finału plebiscytu „Polak Roku 2005”, którego to pan Waldemar Tomaszewski był zwycięzcą dwukrotnie (2001) Fot. z albumu rodzinnego

„Bez mamy byłoby trudno, Władek potrzebuje stałej opieki. Teraz Paweł już jest duży i może mi pomóc, kiedy muszę jakąś sprawę załatwić. Nie mogę syna bez opieki zostawić” — mówi gospodyni domu.

Wioleta poświęciła swoją karierę dla rodziny. Czy tego nie żałuje? „Bynajmniej, mam bardzo dobrego męża, kochane dzieci, obok mamę, pomaga też mama Waldka. No i widzę, że Waldek, mimo takiego nawału prac, zawsze stara się wygospodarować choć jeden dzień w tygodniu, by być cały dzień z nami. Czy mogę tego nie cenić? — mówi pani Tomaszewska.
Uśmiecha się i po chwili dodaje: „Ja też staram się, by miał czas na swoje hobby. Latem na grzyby, zimą na ryby”.

Kiedy jesteśmy z wizytą u państwa Tomaszewskich, choinka nie jest jeszcze przystrojona. Upiększają ją zawsze w przededniu wieczerzy wigilijnej. Nie zostawiając tego na ostatni dzień, bo przecież wtedy jest tyle do zrobienia w kuchni. Bo w tym domu jest tak, jak było w ich domach rodzinnych — mają być tradycyjne potrawy wigilijne, wszystkie przygotowane w domu. „Bo tylko wtedy czuje się klimat świąt” — mówi pani Wioletta.

Waldemar przytakuje, bo przecież nikt tej prawdy nie odmieni, że nawet śledź tradycyjnie przyrządzony w tym dniu jest inny. Smaczniejszy, szczególny. Zapachem siana pod obrusem ukrytego jakby przesiąknięty. No i szczupak. W niektórych latach przez Waldemara łowiony. Bo gospodarz domu jest zapalonym rybakiem, szczególnie lubiącym łowić ryby zimą w jeziorze. Kiedy jest mróz siarczysty, a śnieg pod nogami skrzypie.
Ryby łowił od dzieciństwa, najpierw z ojcem, bratem, potem sam. Kiedyś, jak przypomina, i z Wilii szczupaki wyciągał. A mówiąc o Wilii dodaje, że tu nawet wąsacze były. Rzadka, smaczna ryba.

Rozmowa o stole wigilijnym przesłania pytanie o czasie wolnym. Jak za chwilę się dowiemy, jak tylko go mają, szczególnie latem, całą rodziną wybierają się do Giedrojciszek w pobliżu Korwia, gdzie w zasadzonym przez nich sadzie już niektóre drzewka zaowocowały. Gdzie w skromnej altance można rodzinnego powietrza zaczerpnąć na dalszą drogę życia, na działania codzienne, na każdy dzień.
Czego by pan Waldemar życzył sobie i wszystkim Polakom Wileńszczyzny?
Przede wszystkim mocnego zdrowia, powodzenia wszystkim i każdemu z osobna, bardziej dostatniego życia, albowiem większość Polaków na Wileńszczyźnie żyje w niedostatku. No i oczywiście, by ludzie potrafili docenić największy skarb — rodzinę, jej odwieczne wartości. By starali się pozbyć egoizmu, by rodziny były liczniejsze i jeszcze — tyle by się chciało  dodać. No i  najważniejsze: by te małe  i większe  marzenia zostały zrealizowane.

Prawdziwa choinka pachnąca lasem, stół białym obrusem nakryty, siano, opłatek, życzenia…
No i pasterka. Dla nich też szczególna, gdyż posługę ministrancką, tak, jak i podczas każdej niedzielnej Mszy Świętej będzie sprawował ich syn Paweł. W znajdującym się blisko domu kościele pw. św. Józefa.
Czy może być bardziej miła chwila dla tej tak znanej, a tak skromnej rodziny państwa Tomaszewskich, o której szkic chcielibyśmy zakończyć niezwykle skromnym wierszem dziecięcym.
„Kiedyś mama mi mówiła,
Że w rodzinie drzemie siła,
Warto o tym się przekonać
By życiowe trudności
pokonać…”.