Na współczesnej agorze. Co nieco o informacji i dezinformacji

Dr hab. Robert Rajczyk, specjalista w dziedzinie współczesnej propagandy i dezinformacji, komunikowania międzynarodowego i międzykulturowego z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Internet jest trochę tak jak duży pokój, w którym wszyscy wrzeszczą. Wchodzimy do tego pokoju i słyszymy tylko dwa głosy. Tych, którzy wrzeszczą najgłośniej, oraz tych, którzy wrzeszczą tak jak my – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Robert Rajczyk, specjalista w dziedzinie komunikacji.


Czasy pandemii to chyba wyjątkowo bogaty pod względem doświadczeń okres dla naukowca o takiej specjalizacji jak Pana. Jak zmienił się obieg informacji w tym czasie?

Tak, faktycznie, i oczywiście obserwuję, co się dzieje. Mogę powiedzieć, że w okresie lockdownu, gdy nie mieliśmy jeszcze masowego dostępu do testów, gdy zaczynano dopiero pracę nad szczepionką, pojawiła się naturalna pożywka dla takiej typowej dezinformacji. Pojawiały się zupełne bzdury na temat koronawirusa, a nikt nie był w stanie ich tak szybko zweryfikować. Internet stał się jedną wielką agorą, gdzie każdy może krzyczeć to, co chce. W takim czasie szczególne znaczenie uzyskuje autor informacji. W takim kryzysowym okresie na pewno warto łaskawszym okiem spojrzeć na to, co władze różnego szczebla, administracji publicznej, samorządowej czy państwowej, chcą nam przekazać. Może nie będą to natychmiastowe czy też najbardziej sensacyjne informacje, ale w przypadku instytucji państwowych wiarygodność jest o wiele większa niż w przypadku mediów prywatnych czy pojedynczych osób.

Na pewno covid-19 stał się swego rodzaju testem dla komunikacji między państwem a obywatelami. Czy kraje Unii Europejskiej poradziły sobie z tym zadaniem?

Wydaje mi się, że tak. Dziś trudno sobie wyobrazić instytucję państwową, która nie ma kontaktu z obywatelami za pomocą internetu, mediów społecznościowych czy innego rodzaju kanałów cyfrowych. Nie mam wątpliwości, że ta informacja była przekazywana i był do niej dostęp. Oczywiście w tej skuteczności informacji w małych społecznościach ogromne znaczenie ma autorytet lokalnych liderów, osób duchownych, nauczycieli, to oni mogą pomóc w rozprzestrzenianiu rzetelnej informacji. Ważne jest też słowo drukowane, gdyż do tekstu w gazecie zawsze można wrócić. Wiele gmin, samorządów zachowuje więc swoje własne media, które są kolportowane bezpłatnie. W czasie kryzysu nie chodzi o komentarze, rozbudowane treści, ale o prosty przekaz: zasady są takie i takie. Oczywiście wiele rzeczy można byłoby zrobić sprawniej, ale pod warunkiem że przygotowalibyśmy się na takie wydarzenie jak pandemia. Ta nas zaskoczyła, ale możemy wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość. Niestety, możemy przypuszczać, że podobne wydarzenia będą się powtarzać.

Czytaj więcej: Metal śpiewają czystym dziewczęcym wokalem

Jaki kraj w czasie pandemii można uznać za wzór w dziedzinie komunikacji?

Według mnie wzorcowym działaniem w tym obszarze wykazał się Tajwan, czyli Republika Chińska. Na Tajwanie postawiono na całkowitą otwartość. Codziennie była organizowana konferencja prasowa bez limitu pytań od dziennikarzy, zaprzęgnięto do pracy boty i algorytmy, które śledziły treść dyskusji w internecie. Takim koronnym przykładem może być problem różowych masek, bo takie głównie były tam dystrybuowane. Zaobserwowano, że chłopcy dyskutują o tym, że nie chcą nosić różowych masek. Kolejnego dnia wszyscy, minister zdrowia i pracownicy centrum informacyjnego rządu, pokazali się w różowych maskach. I problem szybko zniknął. Państwo zrobiło dużo więcej. Uruchomiono infolinię, na której można było zadać nawet najdziwniejsze pytanie, starano się odpowiadać natychmiast na każdą zaobserwowaną tendencję.

Tajwan nie jest w komfortowej sytuacji pod względem informacji. Konflikt z Chinami jest na pewno odczuwalny także w tej dziedzinie.

To prawda. Tajwan ściera się z presją w dziedzinie informacji ze strony Chin, ale ma też o wiele większe doświadczenie w walce z dezinformacją. Musimy pamiętać jednak o tym, że Tajwan jest jedyną pełną chińską demokracją na świecie, więc z natury rzeczy wolność słowa nie może być w nim ograniczona. Podejmowane są jednak pewne działania ograniczające wpływy chińskie, ale wiele prochińskich mediów wciąż tam działa i te poglądy są obecne w debacie publicznej. Rzeczywiście, w czasie pandemii Tajwan musiał się ścierać z napływem dezinformacji z Chin. Chodziło głównie o zablokowanie zakupu szczepionek, tak by byli skazani na chińskie preparaty. Tajwanowi udało się jednak opracować własne, w tej chwili można się już zaszczepić oryginalną tajwańską szczepionką. Dojrzała demokracja sama sobie radzi ze zwalczaniem dezinformacji. Mówimy tu o odporności społecznej na dezinformację, kształtują ją takie czynniki, jak: bezpieczeństwo kulturowe, społeczne, długa tradycja narodowa, bogata kultura w danym języku.

Jak to jest z Polakami? Z jednej strony mamy bardzo bogatą tradycję narodową, a z drugiej – równie ugruntowaną tradycję nieufania państwu, bo przecież przez długi okres doświadczaliśmy okupacji.

Polacy są ogólnie sceptyczni. Mamy też cechę narodową, którą określiłbym jako: „Nie wiem, ale się wypowiem”. Nie wiem, z czego to wynika, ale mamy generalnie niski szacunek wobec wiedzy, kompetencji i autorytetów w danej dziedzinie. Brakuje nam trochę pokory, trochę w myśl zasady: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”.

Ile tak naprawdę w dzisiejszych mediach jest informacji, a ile dezinformacji?

To zależy od mediów, z jakimi mamy do czynienia. Jeśli chodzi o środki masowego przekazu, które w zamian za pieniądze oferują wysokiej jakości kontent, to nie ma zastrzeżeń do jakości i rzetelności informacji. W masowym ujęciu, gdy mamy do czynienia z internetem i bezpłatnymi mediami, to możemy mówić o informowaniu pozornym czy też informowaniu mylnym. Nie chodzi tu nawet o celowe zatajanie czy zniekształcanie informacji, ale o skutki niedokładności, pobieżności opracowania tematów czy niekompetencji dziennikarzy. Takie upraszczanie rzeczywistości niestety dominuje, zwłaszcza w powszechnie dostępnej informacji masowej. Wysokiej jakości wyselekcjonowana informacja jest często płatna i kierowana do subskrybentów.

Często mówimy o celowo tworzonych fałszywych informacjach. Komu zależy na ich rozprzestrzenianiu?

Z jednej strony będą to ośrodki perswazyjne kierowane przez obce państwa – nie chciałbym mówić o tym, o jakich państwach myślę, ale dwa duże mocarstwa bez wątpienia próbują wpływać na przekaz medialny. Z drugiej – swoje wpływy mają również właściciele mediów, czyli wielkie firmy, które próbują wpływać na to, co się ukaże, a co nie, wybierając to, co będzie dla nich lepsze. Znaczenie mają dziś klikalność czy oglądalność i czasem to one są głównym kryterium publikowania informacji w danym medium.

Czytaj więcej: Po kulturę do Solecznik

| Fot. Marian Paluszkiewicz

A jak jest z politykami? Czy przypadkiem oni również nie wspierają nierzetelnej informacji, chwytając za populistyczne hasła? Jakimi instrumentami posługują się, by przyciągnąć wyborców?

Tak naprawdę nie jest trudno sprawdzić, czym ludzie żyją, co w danej chwili najbardziej ich absorbuje i podjęcia jakiego tematu oczekują. Bardzo proste narzędzie towarzyszy najbardziej popularnej przeglądarce internetowej. Wystarczy zalogować się, by sprawdzić, jakie są trendy w internecie, o czym ludzie dyskutują w mediach społecznościowych. Wiem, że niektórzy politycy od skorzystania z tej aplikacji rozpoczynają swój dzień i dostosowują do niej swoją agendę. Podobnie robią dziennikarze. To, o czym ludzie dyskutują, staje się więc dla nich pewnym wyznacznikiem treści, które będą publikowane, kontynuacji pewnych tematów.

Jak odbiorca informacji może się uchronić przed natłokiem nie do końca rzetelnego przekazu? Czy w ogóle jest to możliwe?

Najważniejsza jest na pewno edukacja medialna, ale nie jest to wcale łatwa sprawa, bo ten problem pojawił się stosunkowo niedawno. Żyjemy w epoce tzw. postprawdy, czyli newsów, które są wielokrotnie zmieniane. To, co czytamy rano w internecie, po południu może być już inną informacją. Edukacja jest na samym początku i liderem w tej dziedzinie jest Finlandia, gdzie dzieci od przedszkola dowiadują się, jak korzystać z mediów. Ale w każdym wieku można wyrobić w sobie nawyki oddzielania ziarna od plew. Ważne jest, byśmy najpierw ocenili treść. Jeśli jest ona bardzo sensacyjna, niewiarygodna, to warto się zastanowić, czy jest prawdziwa. Następnie trzeba ocenić źródło. Kto to opublikował? Gazeta, portal, telewizja? Kim jest autor? Czy znajduje się w stopce redakcyjnej? Ważne jest też weryfikowanie ekspertów. Nie powinni być anonimowi, a jeśli są naukowcami, powinni być przypisani do jakiejś instytucji. Nawet jednak w poważnych mediach mogą się zdarzyć ataki hakerów, które mogą mieć znaczące konsekwencje, np. wpływać na nagłe zmiany cen akcji giełdowych, na których ktoś zarobił. Przy każdej informacji dobrze też zapytać siebie, czy naprawdę warto ją przekazać dalej, zanim zdecydujemy się na powielenie jej w naszych mediach społecznościowych. Twórcy zmanipulowanej informacji najbardziej zależy właśnie na tym, by była ona przekazywana, bo to oznacza da niego większe zasięgi i większą liczbę odbiorców – a więc większą skuteczność.

Często jednak weryfikowanie informacji wygląda zupełnie odwrotnie. Nieraz miałam okazję słyszeć, że media kłamią, a ogromnym zaufaniem obdarzane są media społecznościowe.

To o tyle zrozumiałe, że w mediach społecznościowych najczęściej stykamy się z poglądami, które nam odpowiadają. Każdy z nas funkcjonuje w nich w ramach tzw. bańki informacyjnej. Mamy jakiś krąg znajomych, kontaktów, zainteresowań i raczej rzadko poza niego wychodzimy. Najczęściej kontaktujemy się z osobami, które z jakichś powodów nam odpowiadają, a trudno nam zaakceptować to, co powoduje w nas dysonans poznawczy. A tak może się zdarzyć. Wobec takiej nowej informacji mamy dwa sposoby reakcji. Po pierwsze, odrzucamy całą nową informację, nawet jeśli jest prawdziwa, bo nie odpowiada naszemu porządkowi. Najczęściej taka droga wybierana jest, gdy funkcjonujemy w ramach bańki informacyjnej. Po drugie, możemy zrobić coś o wiele trudniejszego, czyli przewartościować dotychczasowy sposób myślenia. Redefiniowanie naszego poglądu na świat nie jest komfortowe, ale jesteśmy w stanie to zrobić, jeśli jesteśmy otwarci również na niewygodne informacje.

W mediach społecznościowych o wiele łatwiej dochodzi też do radykalizacji poglądów. Dlaczego?

Specyfiką komunikacji tego rodzaju jest to, że kontrowersyjne, skandaliczne informacje generują o wiele większą uwagę i większe zasięgi. Zwykłe informacje nas tak nie interesują, a im bardziej niewiarygodna teoria spiskowa, tym większe ma powiedzenie. To mechanizm trochę wynikający z ciekawości świata, ale nie wszyscy podchodzą do tego intelektualnie. Wiele osób angażuje się emocjonalnie w różnego rodzaju dyskusje. Poza tym zdarza się, że w internecie spotykają się osoby, które mają podobne przekonania, podobnie się angażują i to daje im poczucie, że mają słuszność. Internet jest trochę tak jak duży pokój, w którym wszyscy wrzeszczą. Wchodzimy do tego pokoju i słyszymy tylko dwa głosy. Tych, którzy wrzeszczą najgłośniej, albo tych, którzy wrzeszczą tak jak my. Skandale budziły zainteresowanie jednak zawsze, na długo przed wynalezieniem internetu, to po prostu cecha ludzkiej psychiki.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 33(94) 14-20/08/2021