Forum w Davos zawsze było wskaźnikiem pokazującym, w którą stronę patrzą światowe elity polityczne i gospodarcze, nigdy nie było to tylko kolejne zebranie gadających głów. Przez dłuższy czas było to forum klimatyczne – politycy, biznesmeni, naukowcy i inni myśliciele miary planetarnej pochylali się nad problematyką ratowania globu przed złowieszczym CO2, inne kwestie nie były tak ważne. Szkopuł w tym, że szlachetnym Europejczykom umknęło kiedyś uwadze, iż ratowanie planety przez tylko jeden, nie największy, kontynent, nie da żadnego efektu w skali światowej, bowiem niszczyć swój przemysł nie wszyscy byli gotowi.
Davos 2026 wypadł totalnie z dawno ułożonych torów. Nie było na pierwszym planie guru klimatycznego szaleństwa Ala Gore’a (co prawda podczas jednej z sesji wygwizdał tam kogoś z galorki), o nawiedzonej Grecie Thunberg już zapomniano (walczy teraz z kapitalizmem w obronie terrorystów palestyńskich).
Forum zdominowało przemówienie Donalda Trumpa, zupełnie nie zielone. Prezydent USA jak zwykle chwalił się wynikami amerykańskiej gospodarki pod swoim przywództwem, ponownie uznał Grenlandię za strategicznie kluczową dla USA (myląc kilka razy z Islandią), ocenił sytuację Europy, mówiąc, że kontynent „nie zmierza w dobrym kierunku”. Wziął pod silną obronę paliwa kopalniane, skrytykował energetykę wiatrową i słoneczną (miejscami mijając się z prawdą) oraz udzielił mocnego poparcia dla energii jądrowej. I nic się nie stało, nie wybuchł bunt wszystkowiedzących, przyroda nie odpowiedziała trzęsieniem ziemi, nikt nie stanął w obronie zielonego ładu i innych fantasmagorii.
Całe tegoroczne Davos zostało zdominowane przez inne tematy: bezpieczeństwo militarne i wszelkie inne, wojna i zdolności obronne, niezawodność łańcuchów dostaw, konkurencyjność przemysłu, zadłużenie i stabilność budżetów. Szokiem było przemówienia premiera Kanady Marka Carneya, który głośno wypowiedział to, co powoli staje się jasne dla wszystkich: mamy koniec ładu opartego na zasadach. Reguły powojennego porządku międzynarodowego ulegają rozpadowi, świat wchodzi w okres dezintegracji i niepewności. Wszystkie państwa stają przed koniecznością wzmacniania swojej autonomii strategicznej, szczególnie w obszarach gospodarki, bezpieczeństwa i technologii. Dla małych państw stanowi to egzystencjalne wyzwanie.
W tej sytuacji nic dziwnego, że perypetie z klimatem okazały się na końcu listy. Nie czas na bzdury, kiedy chata płonie.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 04 (12) 31/01-06/02/2026
