Oczekiwania a rzeczywistość

W ostatnich dwóch tygodniach przypomniała o sobie piłka nożna w wydaniu reprezentacyjnym. Ruszyły zmagania w Lidze Narodów. Dla Polski i Litwy, których latem zabrakło na amerykańskim mundialu, to pierwsze poważniejsze rozgrywki od dawna.

Polacy rywalizują w nich na zapleczu elity w dywizji B, Litwini – w dywizji D, wśród największych słabeuszy. Celem jednych i drugich była promocja wyżej. Ale choć decydujące spotkania odbędą się dopiero w połowie listopada, a teoretycznie prawie wszystkie rozstrzygnięcia są jeszcze możliwe, w praktyce już wiadomo, że Polacy na pewno, a Litwini prawdopodobnie swojej grupy nie wygrają.

Litwini wystartowali nieźle, bo od wygranej 2:0 na wyjeździe z Liechtensteinem. Po niej przyszedł remis 1:1 w Kownie z głównym konkurentem w stawce, czyli Azerbejdżanem. A że ten następnie u siebie z Liechtensteinem też tylko zremisował, wszystko układało się po myśli podopiecznych Edgarasa Jankauskasa. Gdyby w swoim ostatnim meczu wywalczyli w Baku choć punkt, mogliby witać się z gąską. No, ale przegrali 0:1. Na szczęście w sukurs przyszła im UEFA, która w środę zdecydowała, że dywizję D w ogóle zlikwiduje i wszystkie jej drużyny przesunie szczebel wyżej, do dywizji C.

Polsce reforma też pomoże, tyle że nie awansować do grona najlepszych, ale może przynajmniej nie spaść tam, gdzie z automatu znajdzie się Litwa. Biało-Czerwoni prezentowali się jak na huśtawce. Mieli w swoich meczach fragmenty dobre, częściej jednak kiepskie i w efekcie w czterech meczach uciułali tylko 4 pkt. Zaczęli od bezbramkowego remisu w Warszawie z Bośnią i Hercegowiną, polegli w Sztokholmie ze Szwecją 1:3, żeby na Stadionie Narodowym rozbić Rumunię aż 6:0, a za trzy dni przegrać w Bośni po głupio sprowokowanym w końcówce rzucie karnym 0:1.

Jak zwykle w takich sytuacjach rozpętała się medialna gorączka na temat zwolnienia selekcjonera. Od mundialu w Rosji w 2018 r. i odejścia Adama Nawałki Polska miała ich już sześciu. Nijak nie zmieniło to drużyny, która jest średnia, bo ma średniej klasy graczy. Tyle że oczekiwania wobec nich są takie, jakby to właśnie oni z Kazimierzem Górskim sięgali w 1974 r. po trzecie miejsce na świecie. Fotel selekcjonera polskiej kadry stał się w ostatnich latach gorętszy niż fotel premiera. Głosy, że najpierw trzeba uzdrowić federację, w której roi się od afer, zreformować system szkolenia, a dopiero potem wymagać wyników, giną pośród wrzasku żądających kolejnej trenerskiej głowy. I nikogo z wrzeszczących nie zastanawia, dlaczego żadna z wcześniejszych zmian nie przyniosła poprawy rezultatów.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 40 (116) 10-16/10/2026