W ubiegłym tygodniu Łotwa poinformowała o niepokojącym incydencie na granicy z Białorusią. Uzbrojone i zamaskowane osoby próbowały siłą przeprowadzić na łotewską stronę co najmniej 20 nielegalnych migrantów. Groziły łotewskim żołnierzom i popychały migrantów w kierunku granicy. Kilka godzin później zamaskowani sprawcy wtargnęli na terytorium Łotwy i ukradli kamerę monitoringu. Zanim na miejsce dotarli pogranicznicy, wycofali się na Białoruś.
Kiedy o możliwości poważnej prowokacji ostrzegają czołowi europejscy politycy, takich sygnałów z pewnością nie należy lekceważyć. Latem szeroko dyskutowano o scenariuszu pojawienia się tzw. zielonych ludzików. Rozważano możliwość, że Rosja powtórzy manewr z 2014 r., kiedy rosyjscy żołnierze bez oznaczeń państwowych i insygniów wojskowych zajęli Krym, a następnie odegrali kluczową rolę w rozpętaniu konfliktu zbrojnego na wschodzie Ukrainy.
Nie sądzę jednak, by Moskwa zdecydowała się po raz drugi zastosować ten sam manewr. Po pierwsze, państwa graniczące z Rosją są dziś znacznie lepiej przygotowane na tego rodzaju działania. Oddział „zielonych ludzików” zostałby najprawdopodobniej szybko wykryty i zneutralizowany. Po drugie, diametralnie zmienił się kontekst geopolityczny. 12 lat temu Kremlowi zależało jeszcze na zachowaniu pozorów i możliwości zaprzeczania bezpośredniemu zaangażowaniu rosyjskich sił zbrojnych. Dziś, gdy pełnoskalowa wojna przeciwko Ukrainie trwa już ponad cztery lata, a rosyjskie rakiety i drony regularnie uderzają w ukraińskie miasta, takie pozory stały się dla Moskwy zbędne.
Dlatego uważam, że jeśli Rosja rzeczywiście przygotowuje poważną prowokację przeciwko państwom NATO, może ona przybrać zupełnie inną formę niż działania, które znamy z 2014 r. Nie powinniśmy więc przygotowywać się wyłącznie na powtórkę z przeszłości. Znacznie ważniejsze jest przewidywanie zagrożeń, z którymi dotąd nie mieliśmy do czynienia.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 41 (119) 17-23/10/2026

