Na swoim jak na cudzym

Niemądre (bo nie chce się wierzyć, że perfidne) prawo litewskie prowadzi na Wileńszczyźnie do wojen między sąsiadami o każdy metr ziemi Fot. Marian Paluszkiewicz

Chociaż ta historia wstrząsnęła Zujunami w ostatnich tygodniach, tak naprawdę jej wybuch był zaprogramowana jeszcze 20 lat temu, zaś swą genezą wywodzi on z dalekich lat 40. ubiegłego stulecia. Jest jedną z wielu historii, które mogły i mogą wydarzyć się niemal w każdej wsi na Wileńszczyźnie, pod warunkiem, że przed wojną była to wieś sznurowa.

Dziś po „sznurach” w tych miejscowościach często nie pozostało śladu, ale dla ich mieszkańców, nawet tych, którzy pojęcia nie mają o przedwojennym systemie sznurowym, określenie „sznurowa” dziś jest synonimem poniżania, utraty zdrowia, arogancji urzędników, zawodu i oszustwa w ich kilkunastoletniej już mitrędze o odzyskanie tego, co właśnie w latach 40. ubiegłego stulecia ich przodkom zabrano… Ziemia, bo o nią chodzi. Ojcowizna, która nie tylko w Zujunach, ale też na całej Wileńszczyźnie z dziada pradziada była nie tylko majątkiem, ale też ostoją więzi rodzinnych, tradycji i wiary, zaś w czasach sowieckich też nadzieją na powrót wolności. Toteż dopiero po jej odzyskaniu przez Litwę zrozumiałem sedno sporu sąsiadów, który ugrzązł w młodzieńczej pamięci.

Girl in a jacket

Wtedy były same kołchozy, wspólna ziemia i tylko najstarsi dokładnie pamiętali sprzed wojny, gdzie czyja ziemia była, gdzie biegła miedza, gdzie granicę tę zacierały wspólne użytki. Po sowieckiej kolektywizacji nie zostało tych podziałów. Cała ziemia była „wspólną”, czyli kołchozową, zaś kołchoźnicy mieli prawo do tzw. „priusadiebnogo uczastka” (działki przyzagrodowej) — 30 arów użytków na prowadzenie gospodarstwa rolnego. I chociaż o przydziale decydowały władze kołchozowe, niemniej każdy starał się wyprosić przewodniczącego o przydział tych 30 arów na „swoje ziemi”, czyli na tej zagrabionej ich przodkom i skolektywizowanej przez sowietów. Na ogół też tak było, lecz ostatecznie decydował „priedsiedatiel” kołchozu.

W Zujunach, gdzie miejscowi wciąż nie mogą odzyskać ziemi, zaś nowi osiedleńcy nie mają większych problemów z jej otrzymaniem, często dochodzi do konfliktów, w które musi interweniować policja Fot. Marian Paluszkiewicz

Pewnej jesieni, gdy tradycyjnie przydzielano „uczastki” zadecydował on, że sąsiedzi „A” mają otrzymać przydział na przedwojennej ziemi sąsiadów „B”. Tą decyzją wywołał wtedy prawdziwą wojnę między dotychczas w zgodzie żyjącymi sąsiadami. Nie obeszło się bez przepychanek, w ruch poszły nawet widły i kosy. Musiała interweniować milicja. Siłą uśmierzała tych, którzy stawili się przeciwko tym, którzy sprzeniewierzyli się zasadzie nietykalności własności prywatnej… Aczkolwiek były to dalekie lata 80., czasy sowieckie, kiedy własność prywatna w zasadzie nie istniała. Historia ta jednak pokazuje, że nawet wtedy, w podświadomości podwileńskich Polaków ojcowizna była nie tyle wymierną materią, ile przede wszystkim nadzieją na odzyskanie wolności, która miała nastąpić wraz z odzyskaniem tej ojcowizny. Wobec tego, wielu miejscowych Polaków wciąż czują się zniewoleni, bo wciąż muszą walczyć o swoją ziemię, chociaż Litwa już do 20 lat jest krajem zdesowietyzowanym, a przynajmniej za taki jest uważany i się uważa. A jednak…

Gdy pewnego czerwcowego popołudnia przyjechaliśmy do Zujun wezwani do konfliktu międzysąsiedzkiego, zrozumieliśmy, że w kontekście prawa do swojej ziemi, od czasów sowieckich niewiele się tu, na Wileńszczyźnie, zmieniło. Tylko tyle, że nie ma już sowietów, a w roli przewodniczącego kołchozu występuje dziś władza wolnej i demokratycznej Litwy, dla której konstytucyjna zasada nietykalności własności prywatnej oraz równouprawnienia obywateli, niestety, wydaje się tylko formułą konstytucyjną.

Sytuacja w Zujunach, jak na Wileńszczyznę, okazała się „banalną” — mierniczy w asyście policji wykroił na własność dla rodziny „A” kilka arów z przydomowej parceli rodziny „B”. Zrobił to na podstawie orzeczeń kilku również niezawisłych litewskich sądów, które kierowały się oczywiście prawem uchwalonym już w demokratycznym kraju. Tak więc, rodzina „A” otrzymała dodatkowo 139 m2 wykrojonych z działki rodziny „B”.

Rodzina „A” — Stanislava Keliotienė oraz jej syn z rodziną, którzy po śmierci męża i ojca Edmundasa Keliotisa przyjęli w spadku ziemię i zbudowany na niej dom we wsi Zujuny. Przyjechali tu na początku lat 80. ubiegłego stulecia, czyli czasów prosperity miejscowego sowchozu-szkoły technicznej kształcącej specjalistów rolnych dla całej Wileńszczyzny i całego kraju.

Na starcie otrzymali od władz sowchozu kilkanaście arów pod budowę domu. Ziemię wydzielono im ze „wspólnej” ziemi, toteż niebawem w sąsiedztwie miejscowej rodziny Anrzejewskich wybudowali swój dom.

— Wiemy, że ta ziemia kiedyś była ich własnością, ale przecież nie zagrabiliśmy jej. Otrzymaliśmy od państwa, zgodnie z obowiązującymi wtedy i dziś aktami prawnymi. Jest też w tej sprawie ostateczne orzeczenie sądu. Więc w końcu chcemy mieć święty spokój. Bo jak tak dalej pójdzie, to każą nam oddać nie tylko ziemię, ale i wynosić się z domu, który przecież na ich przedwojennej ziemi zbudowaliśmy. Czy to sprawiedliwe? — pyta nas Stanislava Keliotienė. Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na jej pytanie, jak też trudno nie przyznać jej racji, bo przyrodzeniem każdego człowieka jest budowanie rodzinnego dobrobytu, więc jeśli robi to zgodnie z prawem, to trudno mieć do niego pretensje.

Rodzina „B” — Mieczysław Andrzejewski z żoną Lucją i ich dzieci, spadkobiercy przedwojennych właścicieli kilku hektarów ziemi. Andrzejewscy mieszkają na swojej ziemi, która chociaż okrojona przez struktury sowieckie (bo oprócz rodziny Keliotisów, w czasach sowieckich jeszcze kilka innych przyjezdnych rodzin otrzymało przydziały na ich przedwojennej ziemi) wciąż stanowi prawie 4878 m2. Chociaż po wojnie została ona włączona do „wspólnych” gruntów, rodzina Andrzejewskich stale korzystała z tej ziemi, na której przecież do dziś rosną drzewa posadzone jeszcze przez przodków, a obrobiona przez nich ziemia, do dziś daje szczodre plony. Korzystała i czekała aż w końcu otrzyma prawo własności do swojej ojcowizny. Podanie o restytucję praw własności Andrzejewscy złożyli bowiem jeszcze w roku 1991. Odpowiedź, że im się należy, otrzymali w 1998 roku, ale do dziś z należytego jeszcze niczego nie otrzymali. Nie wiadomo też, kiedy cokolwiek otrzymają, bo proces zwrotu ziemi z powodu likwidacji powiatów jest już od ponad roku wstrzymany, zaś kiedy ruszy po likwidacji powiatów z dniem 1 lipca tego roku, dziś nikt nie może prognozować.

Tymczasem rodzina Keliotisów nie miała problemów z prywatyzacją przydzielonej jej przez sowietów na początku lat 70. ubiegłego stulecia parceli 12 arów oraz później, w latach 80. dodanych przez lokalny organ władzy sowieckiej kolejnych 6 arów. Władze już niepodległej Litwy wszystkie decyzje w tej sprawie sowieckich organów bezapelacyjnie zatwierdziły, zaś w połowie 1992 roku, w czasach bezpośrednich rządów na Wileńszczyźnie namiestnika władz centralnych Merkysa, sporządzono odpowiednie plany oraz prawdopodobnie na podstawie umowy kupna – sprzedaży przekazano Keliotisowi na własność parcelę o powierzchni prawie 17 arów, w tym kawałek spornego gruntu, który we wszystkich planach wyraźnie zahacza o 139 m2 o działkę rodziny Andrzejewskich. Właśnie od tamtego czasu, te 139 m2 poróżniły dwie rodziny. Zaczęły się procesy sądowe, ale orzeczenia „wsio zakonno” były nie po myśli rodziny Andrzejewskich. Kolejne sądy nie brały pod uwagę, że do dziś sporny kawałek jest uprawiany przez rodzinę Andrzejewskich i rosną na nim wiekowe jabłonie, jak też to, że decyzja o przekazaniu parceli rodzinie Keliotisów zapadła po złożeniu przez Mieczysława Andrzejewskiego podania o odzyskanie ojcowizny.

Jednym z argumentów kolegium sędziowskiego, który przyznał rację rodzinie Keliotisów, było to, że „aczkolwiek podanie o restytucję praw własności do byłego majątku złożył w 1991 roku, niemniej decyzja, że takie prawo mu przysługuje zapadła dopiero w 1998 roku, zaś decyzja w sprawie sprzedaży parceli dla Keliotisów zapadła w 1992 roku”. Czyli o wiele wcześnie, czyli „wsio zakonno” uznał niezawisły sąd. Ostateczny wyrok w tej sprawie zapadł w 2000 roku w Najwyższym Sądzie Spraw Cywilnych. Do tego roku jednak rodzina Keliotisów nie upominała się o swój kawałek ziemi, bo jak tłumaczą, nie chcieli konfliktować z sąsiadami. Toteż do tego też roku rodzina Andrzejewskich korzystała z tej ziemi. Ot i tej wiosny posadzili tam ziemniaki, trochę warzyw, truskawki rosną tu od lat.

Mimo to konflikt o sporną ziemię wisiał cały czas w powietrzu, bo i stosunki międzysąsiedzkie z powodu sądów popsuły się. Rodzina Andrzejewskich nie zamierzała też popuścić.

— Nie możemy więcej znosić tego zanęcania się nad nami! Całe życie milczeliśmy, mając nadzieję, że wszystko się skończy dobrze. Ale nic z tego. Już prawie 20 lat jak złożyliśmy podanie o odzyskanie ojcowizny, lecz wciąż czekamy i nie wiadomo, kiedy i jaka będzie decyzja. A tymczasem odbierają nam ostatni kawałek ziemi! — mówi z łzami w oczach pani Lucja. Dokładnie pamięta tamten czerwcowy dzień, kiedy na działce pojawił się mierniczy w asyście policji oraz miejscowych władz. Pod obstawą wykroili z ziemi Andrzejewskich sporny kawałek na korzyść rodziny Keliotisów, wkopali słupy i zrobili prowizoryczne ogrodzenie. Pani Lucja załamywała ręce, płakała, ale do nich nie poszła. Nic nie powiedziała też choremu mężowi, bo bała się, że wiadomość, że znowu zabierają im ziemię, może zaszkodzić jeszcze bardziej jego zdrowiu. Sama zaś nie wytrzymała, kiedy nowi gospodarze zaczęli wyrąbywać jabłonie. Doszło do przepychanek. Wezwano policję. Ta przyjechała, spisała protokół i odjechała. Jak mówią w Zujunach — gdzie miejscowi wciąż nie mogą odzyskać ziemi, zaś nowi osiedleńcy nie mają większych problemów z uprawomocnieniem otrzymanych za sowietów lub przeniesionych tu w ostatnich latach parceli — podobne konflikty nie są tu rzadkością.

Rodzina Keliotisów mówi nam, że nie chce konfliktu.

— Chcemy wreszcie mieć spokój, bo ziemię tę otrzymaliśmy zgodnie z prawem — mówi nam Keliotis młodszy. I ma rację. Tak samo, jak rację chyba też ma rodzina Andrzejewskich, która też chciałaby mieć spokój, lecz też „zgodnie z prawem” nie może odzyskać swojej ojcowizny, a z nią upragnionego spokoju.

Opuszczając Zujuny, trudno było oprzeć się myśli, że jeszcze długo obydwie rodziny nie zaznają spokoju, gdyż rodzina Andrzejewskich nie zamierza godzić się z krzywdą, jakiej doznała od państwa. Zapowiada więc kolejne pozwy, również do sądów europejskich, bo, jak mówi, nie chce się czuć na swoim jak na cudzym. Kolejne sądy oznaczają, że również rodzina Keliotisów wciąż będzie czuła się na cudzym, a nie na swoim.