Co trafia do naszego talerza

Niestety mięsne produkty w sklepach są dalekie od tych, które spożywali nasi dziadkowie. Fot. Marian Paluszkiewicz
Niestety mięsne produkty w sklepach są dalekie od tych, które spożywali nasi dziadkowie. Fot. Marian Paluszkiewicz

Kiedy ostatnio państwo spożywali naturalnie wędzoną kiełbasę czy parówki, wyprodukowane z prawdziwego mięsa, a nie z kurzych i świńskich skórek, soi, wody i dodatków pokarmowych? Bo właśnie taki jest skład parówek, które często trafia do naszego talerza.

Niestety mięsne produkty w sklepach są dalekie od tych, które spożywali nasi dziadkowie. Większość konsumentów (szczególnie młodszego pokolenia) woli jednak kiełbaski i parówki przygotowane według teraźniejszej receptury bo… po prostu są smaczniejsze.

Girl in a jacket

„Kurier” zwrócił się do Państwowej Służby Żywności i Weterynarii z pytaniem, ile procentów mięsa możemy znaleźć dzisiaj w wyrobach mięsnych i jakimi dodatkami pokarmowymi są tak bardzo wabione nasze nosy i oczy w mięsnych działach sklepów?

Jak powiedziała nam starszy specjalista wydziału artykułów spożywczych i nadzoru weterynaryjnego Viktorija Septilkienė: „W produkcji wyrobów mięsnych używane są naturalne lub syntetyczne dodatki pokarmowe, które utrwalają lub nawet zmieniają kolor produktu na ten, który bardziej wabi klienta. Dodatki pozwalają też zatrzymać wilgoć w wyrobie oraz hamują procesy mikrobiologiczne, co ma przedłużyć termin użytku. Dodatki pokarmowe są oznaczane literą „E” oraz liczbą trójcyfrową np. E412”.

Według Septilkienė, zapach i smak wyrobów mięsnych naprawdę zależy jednak nie od dodatków pokarmowych, lecz od „termicznego sposobu przygotowania, rodzaju i jakości surowca oraz przypraw”. Nasza rozmówczyni jednak nie przeczy, że w produkcji niektórych wyrobów są używane również środki zapachowe, ale informacja o tym powinna być umieszczona na produktach.

Należy jednak zaznaczyć, że producenci, chociaż i muszą wymienić wszystkie składniki wyrobu w porządku malejącym, nie powinni zaznaczać ich pełnego procentowego składu. Tylko w wypadku, jeżeli jeden ze składników jest w nazwie produktu, znajdziemy informację, ile procentów tego składnika jest w wyrobie.

„Kurier” dla przykładu przeanalizował skład „Parówek z indyka”: drób, emulsja ze świńskich i kurzych skórek, mięso indyka (21 proc.), manna (3,5 proc.), krochmal (2,1 proc.), sól, E450, E472, soja, E407, E412, E621, białka zwierzęce, antyoksydanty: E316, E330, E331, przyprawy, środki zapachowe, barwnik E120 oraz konserwant – azotyn sodu. Widzimy, że niejasne jest, w jakim stosunku do siebie są pozostałe 2/3 składników.

Między innymi, według danych naukowców, właśnie wymieniony E621 powoduje, że kiełbasy i parówki tak nam smakują i możemy zjeść ich więcej niż potrzebujemy, aby przezwyciężyć głód: oddala on poczucie nasycenia oraz wzmacnia smak potrawy. W litewskich stołówkach szkolnych, przedszkolach oraz szpitalach jest zabronione jego użycie. A powyżej wymieniony azotyn sodu jest znany także jako E250, który szkodzi przy nadciśnieniu oraz może sprzyjać pojawieniu się nowotworów. Używany jest do konserwacji wyrobów, dodaje apetycznego czerwonego koloru. Gdy wzrosło zainteresowanie dodatkami pokarmowymi pod znakiem „E”, wielu producentów woli nazywać niektóre konserwanty w inny sposób.

Oczywiście, nie wszystkie dodatki pokarmowe szkodzą organizmowi – niektóre szkodzą tylko dla kieszeni. Przykładem jest zgęszczacz E412. Używany jest do wyrobów mięsnych, ponieważ ten konserwant ma tą właściwość, że po dodaniu go produkt będzie miał większą wagę.

Nie jest uzgodnione, które dodatki pokarmowe nadają się do spożycia, a które nie. Lecz już to, że jedne z nich w niektórych krajach są zabronione, a w innych jeszcze nie, mówi o tym, że ich wpływ na zdrowie nie jest dostatecznie zbadany.

Starszy specjalista w Laboratorium Nauki i Technologii dr Raimondas Narkevičius powiedział „Kurierowi“, że nie jest nastawiony przeciwko dodatkom pokarmowym: „Przed użyciem w produkcji są one dokładnie badane. Raczej powiedziałbym, że niebezpieczne są nie same dodatki, lecz ich nadużycie”.

Niepokoi inne pytanie: skąd konsument ma wiedzieć, czy nie nadużywa tych dodatków, jeżeli producenci nie wskazują, jaka ich ilość jest użyta w wyrobach? I, jak powiedziała Septilkienė, ilość ta nadal nie będzie wskazana, ponieważ ustawy prawne od producentów tego nie potrzebują – to przeczyłoby ich prawom.

„Nasze zdrowie jest tylko w naszych rękach. Powinniśmy nareszcie nauczyć się czytać składniki tego, co spożywamy. W suszonej kiełbasie będzie mniej konserwantów niż w parówkach czy gotowanej, bardziej blade wyroby mięsne będą zawierały mniej przypraw i barwników. Oczywiście, kolor też zależy od sposobu przygotowania. Najważniejsze, żeby konsumenci wybierając wyroby mięsne orientowaliby się nie na wabiące zapachy i kolorowe opakowania, ale kierowali się własnym rozumem i uważnie czytali informację na temat produktu” – mówi Septilkienė.