Chociaż tradycją litewskiego parlamentaryzmu jest, że projekty przyszłorocznych budżetów posłowie zatwierdzają niemalże „na gwiazdkę”, to jednak w tym roku rząd już aktywnie pracuje nad przyszłoroczną ustawą budżetową.
Ten pośpiech nie oznacza jednak, że nowela budżetowa zostanie uchwalona znacznie wcześniej niż na święta bożonarodzeniowe, ale już pojawiający się opór opozycji wobec założeń budżetowych 2011 roku, sugeruje, że rządowy projekt wcale nie okaże się miłym prezentem społeczeństwu „na gwiazdkę”.
Wprawdzie premier Andrius Kubilius uspokaja, że kolejnych cięć nie będzie. Jednak zaraz studzi optymizm, tłumacząc, że również przyszłoroczny budżet będzie oszczędny. I sugeruje, że dyskusji w tej sprawie być nie może, bo „najważniejsze decyzje w zakresie oszczędności zostały już podjęte”.
Premier liczy też na wyrozumiałość Sejmu, że ten nie będzie stwarzał niepotrzebnych problemów i sprawnie przegłosuje rządowy projekt ustawy budżetowej.
„Wierzę w mądrość Sejmu. Szczerze wierzę, że uda się nam podjąć potrzebne decyzje, podobnie jak udawało się nam to w ciągu ostatniego roku, gdy w sytuacji, kiedy nie mieliśmy zdecydowanej większości, podejmowaliśmy jednak potrzebne decyzje” — oświadczył premier w jednym z ostatnich wywiadów.
Optymizm premiera może okazać się jednak przedwczesny, szczególnie wobec narastającej fali sprzeciwu ze strony związków zawodowych, które przed rokiem, w ramach Komisji Trójstronnej, zaaprobowały postanowienia budżetowe rządowego projektu. Dziś związkowcy demonstracyjnie palą na wiecach porozumienie trójstronne i zapowiadają, że więcej rządowi nie dadzą się nabrać. Oskarżają rząd o sprzyjanie grupom interesów oraz oligarchom.
Oligarchowie jednak również są niezadowoleni z działań obecnego rządu i zapowiadają, że sami zajmą się polityką. Te zamiary ogłosił niedawno oligarcha Bronislovas Lubys, prezes zrzeszenia pracodawców. Jeszcze rok temu, jego organizacja również popierała działania rządu w ramach porozumienia trójstronnego. Dziś Lubys oświadcza, że duży kapitał zawiódł się na wspieraniu polityków i w najbliższych wyborach oligarchowie sami spróbują sięgnąć po władzę.
W opinii wielu politologów oraz polityków, taka polaryzacja nastrojów z jednej strony oraz brak dialogu ze strony rządu zarówno ze związkowcami, jak też z biznesmenami może wyprowadzić ludzi na ulice. Nie wykluczają też, że w okresie dyskusji budżetowej może powtórzyć się scenariusz wydarzeń styczniowych, kiedy przed dwoma laty rozwścieczony tłum zdemolował Sejm. Obserwatorzy ostrzegają jednak, że tegoroczny protest społeczeństwa może nastąpić ze zdwojoną siłą.