Pracy brak, ludzie uciekają, a rząd się (samo)chwali

200
Fot. Marian Paluszkiewicz

Tegoroczny budżet podziurawiony jak szwajcarski ser, bezrobocie zamiast spadać, znowu zaczyna rosnąć i tylko potok emigracji ustabilizował się.

Ale z tego też mała pociecha, bo wciąż jest jednym z największych w skali Europy, bo co roku „wypłukuje” z kraju do 2 proc. mieszkańców. Przy tym wyjeżdżają najbardziej doświadczeni, czy też młodzi, bo w kraju nie mają czego szukać. Według ostatnich danych Giełdy Pracy, w przedziale wiekowym od 15 do 30 lat bezrobocie sięga ponad 31 proc. Gorzej jest tylko w Hiszpanii, ale to raczej nie uspakaja. Tak w skrócie wygląda sytuacja Litwy na progu nowego roku. Więc jaka czeka nas perspektywa?

— Zanim odpowiem na to pytanie, musimy spojrzeć wstecz, dlaczego mamy taką sytuację? Bo nie było działań zapobiegawczych, zaś rządzący skupiali się wyłącznie na uporządkowaniu finansów, przy czym za wszelką cenę. Dziś właśnie płacimy tę cenę, zaś rządzący zamiast myśleć strategicznie, w jaki sposób odmienić sytuację, idą w znanym sobie już kierunku i mówią o kolejnym wzroście podatków — odpowiada „Kurierowi” prezes Partii Socjaldemokratów, Algirdas Butkevičius.

Szef „socjaldemokratów” mówi tu o „nieostrożnych” wypowiedziach niektórych konserwatystów, że jeśli sytuacja finansowa w kraju będzie nadal pogarszała się, to znowu będą musieli zwiększać podatki, przede wszystkim podatek VAT. Bo tylko w ten sposób można będzie uratować tegoroczny budżet, który mimo i tak skromnych ubiegłorocznych założeń deficytu, nowy rok powitał — jak się okazało w tym tygodniu — niedoborem o wysokości ćwierć miliarda litów.

Tymczasem rządzący, głównie konserwatyści premiera Andriusa Kubiliusa, robią dobrą minę do złej sytuacji i zajmują się samochwalstwem.

Niedawno Kubilius powiedział, że pracę swojego rządu ocenia na „czwórkę z minusem” w skali pięciopunktowej. Przewodnicząca Sejmu, również konserwatystka, Irena Degutienė, w tym tygodniu postawiła premierowi i jego ekipie 7,5, ale w skali 10-punktowej. Również dobrze pracę Rady Ministrów ocenia prezydent Dalia Grybauskaitė, którą litewscy politolodzy już nazywają premierem premiera, za jej stale udzielane poparcie Kubiliusowi.

Z kolei minister finansów, Ingrida Šimonytė, aczkolwiek bezpartyjna, nie wystawia ocen ani sobie, ani rządowi. Jednak jej reakcja na informację o niespodziewanej dziurze w ubiegłorocznym budżecie sugeruje, że minister również nie najgorzej ocenia pracę rządzących: „W moim przekonaniu, jest to bardzo dobre wykonywanie planu” — powiedziała minister finansów na środowym posiedzeniu rządu.

Tymczasem społeczeństwo przestaje cokolwiek oceniać i masowo ucieka za granicę w poszukiwaniu pracy i zarobków. Ci, co pozostają, ledwo znajdują pracę w kraju, bo jak wynika z ostatnich danych Giełdy Pracy, po spadkowej tendencji do września ubiegłego roku, bezrobocie w kraju znowu zaczęło wzrastać i na początku 2012 roku wynosiło ponad 227 tys. osób, czyli prawie 12 proc. obywateli zdolnych do pracy. Znowuż, gorzej jest tylko w Hiszpanii, ale dla tych setek tysięcy osób to słabe pocieszenie. Tym bardziej, że połowa z nich jest na wieloletnim bezrobociu.

Tymczasem eksperci zwracają uwagę nie tyle na skalę bezrobocia, co na strukturę zatrudnienia, bo, jak się okazało, z ponad miliona obecnych miejsc pracy, tylko nieco ponad 250 tys. jest w sektorze pozapaństwowym. Toteż państwo dziś pozostaje największym pracodawcą, co nie najlepiej wróży na przyszłość litewskiej gospodarce, bo zatrudnienie obejmuje nie tylko sektor produkcyjny, ale głównie urzędniczy, gdzie trudno o tworzenie wartości dodanej zwiększającej krajowy PKB. A ten — po wcześniejszych optymistycznych prognozach powyżej 4 proc. — według Ministerstwa Finansów wyniesie w tym roku nieco ponad 2,5 proc. Przy tym zarówno premier, jak i minister finansów ostrzegają, że „wyniesie”, jeśli na rynkach światowych nie będzie kolejnych zawirowań finansowych i załamań gospodarczych.

Dla litewskiej gospodarki większych załamań nikt nie prognozuje, ale niewiele to ma wspólnego z ustabilizowaniem się sytuacji gospodarczej — po prostu litewska gospodarka jest na tyle skurczona, że dalej nie ma gdzie się kurczyć. Stabilność ta nie oznacza jednak spokoju, bo ekonomiści mówią, a rządzący nie zaprzeczają, że tylko w tym roku Litwa będzie musiała pożyczyć około 10 mld litów (ponad połowa budżetu), żeby sprostać planom finansowym, przy czym około 6 mld litów ma być przeznaczone na uregulowanie wcześniejszych zadłużeń i tylko 4 mld na potrzeby bieżące kraju. A wśród tych najważniejsze jest dofinansowanie zakładu ubezpieczeń emerytalnych, który tegoroczne swoje potrzeby szacuje na 3 mld.

Algirdas Butkevičius mówi „Kurierowi”, że taka polityka pożyczania i windowania podatków prowadzi do zagłady gospodarczej kraju.

— Państwo musi inwestować, czyli tworzyć miejsca pracy i ożywić wewnętrzny rynek — mówi nam Butkevičius. Przyznaje, owszem, że zwiększenie VAT uratowałoby budżet państwa.

— Ale tylko na krótko — mówi i wyjaśnia, że zwiększając VAT można zebrać szybko potrzebne środki, ale nie w przypadku Litwy.

— Zwiększanie VAT daje pozytywny wynik, kiedy w kraju jest mocna klasa średnia, która poprzez konsumpcję zwiększa też przychody do budżetu. Tymczasem na Litwie klasy średniej już prawie nie pozostało. Toteż większy VAT uderzy przede wszystkim w i tak już zubożałe społeczeństwo. Ograniczy ich dochody i konsumpcję, a to oznacza kolejne wydatki na programy socjalne, ograniczenie produkcji oraz zwiększenie potoków przemytu, z którymi już dziś rządzący sobie nie radzą — ocenia Algirdas Butkevičius.