Modlitewne spotkania z wiernymi

Ks. Rusłan Wilkiel

.

Rozmowa z księdzem Rusłanem Wilkielem, proboszczem wileńskiej parafii pw. Chrystusa Króla


Tuż po Nowym Roku rozpoczął się okres, kiedy księża chodzą po kolędzie. Jak dawna jest ta tradycja i co ma na celu?

Jest to już wielowiekowa tradycja. A podyktowało ją same życie, konkretnie potrzeba bliższego poznania swoich wiernych, ich stanu duchowego, sytuacji materialnej, wreszcie nawiązanie bliższych kontaktów ze swoimi wiernymi. Kapłanowi o wiele lżej będzie głosić Słowo Boże, jeśli będzie wiedział, kim są jego słuchacze, jakie wykonują zawody, co ich interesuje, niepokoi. Może mają jakieś pytania z dziedziny religii? Ważne jest także, czy satysfakcjonuje ich praca duszpasterska w parafii. Może chcieliby coś zmienić, może mają jakieś pomysły, by było lepiej. Kolęda jest modlitewnym spotkaniem kapłana z konkretną rodziną, osobą. Podczas tej wizyty ksiądz odmawia odpowiednie modlitwy wraz z domownikami, poświęca mieszkanie, błogosławi wiernych na cały następny rok. Tego rodzaju tradycja ma bardzo głęboki i ważny sens religijny. Błogosławieństwo rodzin i domów od wieków było nakazywane przez Boga Ojca. Błogosławieństwo bowiem odpędza złe duchy, strzeże od nieszczęść, sprowadza zgodę pomiędzy zwaśnione strony, jeżeli tego same chcą.

Jak się należy przygotować do kolędy? Czy obowiązuje koperta?

Oczywiście w mieszkaniu powinno być w miarę schludnie i nawet nie z powodu księdza, a w imię tego błogosławieństwa bożego, które ksiądz przynosi do domu. Na stole nakrytym białą serwetą powinien stać krzyż i po obu jego stronach po jednej świecy. Dobrze by było, by to były gromnice.

Jeśli chodzi o kopertę, to absolutnie nie jest obowiązkowa. Z kopertą jest podobnie jak ze skarbonką w kościele — jeśli mam i chcę dać jakąś ofiarę, to daję, a jak nie, to nie. Wierzcie mi, że jeśli ksiądz widzi, że w rodzinie jest bieda, nie bierze koperty. Dlatego jeśli nie macie pieniędzy, nic nie dawajcie i nie opowiadajcie potem, że ksiądz przychodzi po kopertę. Osobiście w przypadku koperty zawsze pytam, czy mogą tę ofiarę dać.

Dawniej kolędowanie, szczególnie na wsi, było wielkim świętem. Dziś sytuacja niemal kardynalnie się zmieniła. Jakie były kiedyś tradycje, a jak jest dziś?

Kiedyś szczególnie uroczyście wyglądała kolęda na wsi. Ksiądz zawsze chodził razem z ministrantami, często z zakrystianem i organistą. Ministranci dzwonkami oznajmiali przyjście księdza. Po przyjściu do domu pochwaliwszy Boga śpiewali kolędy wraz z domownikami, potem modlili się, święcili kąty. Ksiądz zachodził zwykle do każdej chaty, bo nie przyjąć księdza było wielką hańbą. Przyjmowali nawet ci, co tylko raz do roku chodzili do kościoła.

Dziś sytuacja się zmieniła zarówno na wsi jak i w mieście. Ludzie pracują, są zajęci, nie wszyscy są praktykujący, a nawet wierzący. Dlatego księża chodzą tylko do tych domów, gdzie ich zaproszą, albo tam, gdzie wiedzą, że są w każdej chwili mile czekani.

Jakie są księdza osobiste doświadczenia, jeśli chodzi o kolędę?

Gdy byłem wikariuszem w poprzedniej parafii, to był taki zwyczaj, że ludzie przychodzili do zakrystii i prosili o przyjście z kolędą. Zapisywaliśmy adres, uzgadnialiśmy dzień i mniej więcej godzinę i wszystko było w porządku. Kiedy zostałem proboszczem w nowej parafii, zacząłem ogłaszać, kiedy i na jakiej ulicy będę kolędować. Zachodziłem wtedy prawie do wszystkich domów uprzednio pytając, czy chcą mnie przyjąć. Przyjmowali prawie wszyscy, w tym nie tylko katolicy, czy chrześcijanie. Zorientowałem się jednak, że należało do tego podejść nieco inaczej i zrobić spisy, kto chce przyjąć księdza, a kto nie bardzo lub w ogóle. Teraz już kolęduję nieco inaczej, mam zrobioną kartotekę tych, którzy chcą księdza. A kolędę zaczynam w końcu listopada, bo nie chcę wpaść do domu tylko na kilka minut, a chcę z ludźmi porozmawiać, nawiązać z nimi bliższy kontakt.

Czy miał ksiądz jakieś przykre sytuacje podczas kolędowania?

Niestety, były przypadki, że „posyłano” mnie z rosyjska zapewniając, że są katolikami, w Boga wierzą, ale księdza nie chcą widzieć. Najbardziej bolesne było to, kiedy często przyjmowali mnie prawosławni, staroobrzędowcy i nawet muzułmanie. Z chrześcijanami wspólnie modliliśmy się, z muzułmanami po prostu o czymś dyskutowaliśmy, gdy tymczasem katolicy mnie różnie wyzywali. Przyznam, że wówczas czasem zastanawiałem się, czy te moje starania i kolędowanie mają jakikolwiek sens. Dziś jestem przekonany, że jednak mają. Tak, to często godzi w osobowość kapłana, jego osobowość jako człowieka, ale przecież po to wybrałem tę a nie inną drogę. Drogę Chrystusa, a skoro tak, to muszę nieść każdy krzyż, który mi On da.

A co księdza najbardziej cieszy podczas kolędy?

Nigdy się nikomu nie narzucałem, nie prawiłem kazań, ale starałem się bardzo po ludzku z ludźmi rozmawiać, zrozumieć ich życie, problemy, nikogo nie potępiać. I podczas takich spotkań zdarzały się przypadki, kiedy nieślubne małżeństwa (jeśli nie było przeszkód) prosiły o ślub, chrzest dzieci, sakrament pokuty itp. To były moje najszczęśliwsze chwile. Właśnie wtedy tak bardzo odczuwałem sens i potrzebę mojej pracy, mego powołania.

 

Rozmawiała Julitta Tryk