Tędy kiedyś przechodziły wojska Zakonu Krzyżackiego

319
Tak dziś wygląda dawny zamek grafa Lasockiego Fot. Vida Pietiukonienė

Mówi się, że nie ma nowego bez starego. Rzeczywiście, nowe zwykle budujemy na starych, mocnych, dobrze wypróbowanych fundamentach. I chyba właśnie dlatego musimy tak pieczołowicie pielęgnować to co stare. Musimy starać się z tego jak najwięcej zapamiętać i upamiętnić. A upamiętnić możemy tylko z pomocą starszych ludzi.

97-letnia Bronisława Bejnarowicz jest najstarszą mieszkanką podwileńskich Krzyżaków. Nazwa miejscowości pochodzi ponoć od tego, że kiedy przed wieki przechodził tędy Zakon Krzyżacki, dużo swego wojska stracił w  okolicznych jeziorach. Dlatego to najbliższą wieś nazwano Krzyżaki.

Pani Bronisława właśnie w tych okolicach, bo w pobliskich — obecnie wileńskich —Turniszkach, się urodziła, wyrosła, do sąsiedniej wsi wyszła za mąż. Pomimo już dość sędziwego wieku, ma wspaniałą pamięć, wiele rzeczy z dawnych czasów pamięta.

— Nie pamiętam czasem, co na śniadanie jadłam, ale młodość i tamte czasy doskonale pamiętam, nawet chłopców, z którymi na zabawach tańczyłam! — dowcipkuje.

Pamięta też, jak to pierwszy raz parostatkiem po nieopodal płynącej Wilii, przyjechali do ich wsi na zabawę chłopcy Litwini. Wszyscy we wsi byli bardzo ciekawi tego, bo w okolicy nie było ani jednego Litwina.

— Chłopcy byli wysocy, piękni, częstowali nas cukierkami i wspaniale tańczyli. Taki jeden to prawie tak całą noc ze mną przetańczył, że na jutro już nóg nie czułam… — trochę jakby zawstydzona przypomina pani Bronisława.
A wszak czasy wówczas były bardzo ciężkie, ale też bardzo ciekawe, bo cieszyło dosłownie wszystko.

W ich rodzinie było pięcioro dzieci. Dlatego od 15 roku życia musiała pójść do pracy, ciężkiej pracy, bo głównie w ogrodach. Przez wiele lat pracowała u ostatniego właściciela Zamku Werkowskiego Karpa Kazimierza Spinaka. Miał on duże ogrody, wiele komnat, gdzie przyjmował na noclegi swoich gości.

— Pracowało nas tam dużo dziewczyn z okolicznych wsi i nawet z miasta. Doglądałyśmy ogrody, zmieniałyśmy pościel, jak przyjeżdżali goście, sprzątałyśmy. Sam pan nigdy do nas się nie wtrącał. Nami zarządzali głównie parobkowie. Pan Spinak miał syna Jurka i jego wychowaniem zajmował się niejaki Staś Dowejko też w pobliżu mieszkający — przypomina pani Bronisława. — Dobry to człowiek był ten Spinak, ale biedak dość wcześnie zmarł w strasznej biedzie u jednego ze swoich parobków i pochowany jest na cmentarzu w Kalwarii Wileńskiej. Jego syn Jurek wyjechał do Polski. Ponoć przed kilkoma laty przyjeżdżał na Litwę, by odwiedzić rodzinne strony, pochodzić tymi ścieżkami — opowiada pani Bronisława.

Pani Bronisława Bejnarowicz — najstarsza mieszkanka Krzyżaków Fot. Vida Pietiukonienė

Pomimo ciężkiej pracy, było wiele radości życia, zabawy, prywatki. Tańczyło się walczyka, polkę, oberka. Na tańcach to właśnie pani Bronisława poznała swego przyszłego męża Jana Bejnarowicza. Choć był o 15 lat od niej starszy, urzekł ją pięknym graniem na harmonii. Wyszła za niego za mąż, poszła mieszkać do Krzyżaków, do domu męża. A było tu wówczas zaledwie kilkanaście chat. Wokół ziemia (mieli 3 ha ziemi), łąki i lasy. I z tego trzeba było jakoś wyżyć, bo pracy raczej nie było. Ludzie żyli więc tu i pracowali na wszystkim swoim. Sadziło się ziemniaki, warzywa, hodowało się parę prosiaków, trzymało krówkę, czasem konia. I z tego trzeba było przetrwać lato i zimę. Wokół były lasy i łąki. Nie było więc kłopotu z opałem, bo po drzewo ludzie chodzili do lasu, a powalonych drzew było sporo. Trzeba było je jednak na karku lub na jakiejś taczce własnoręcznie zrobionej przywieźć. W lesie też zbierało się jagody i grzyby, z czego robiło się zapasy na całą zimę. Niemal w każdej chacie stały duże wiadra lub beczki solonych grzybów, gotowanych powideł, kiszonej kapusty, ogórków, buraków.

— Jeśli ktoś miał krowę, to dużymi, metalowymi dzbanami nosił mleko pieszo do miasta na rynek, a za zarobione pieniądze kupowano mąkę, cukier inne potrzebne na co dzień produkty. Ten, kto miał konia, mógł jakiś grosz zarobić, kiedy sąsiadowi zaorał pole, posadził kartofle itp. Jesienią sąsiedzi prawie zawsze sobie pomagali, szczególnie przy wykopkach ziemniaków. Organizowano tak zwane tłoki. Jednego dnia wszyscy zbierali się na wykopki do jednego sąsiada, drugiego do innego i tak przez cały tydzień albo i dwa. Byli też tacy, co przychodzili na wykopki, żeby zarobić sobie ziemniaków na zimę, bo własnych nie mieli. A gospodarz najczęściej za pracę ziemniakami płacił – kontynuuje swoje opowiadanie pani Bronisława.

Często hodowano też kury, a więc i jajka były swoje, choć tych ostatnich niewiele domownicy jadali, bo też nosili na sprzedaż na rynek.

Najlepiej było latem, gdy do podwileńskich miejscowości przyjeżdżali na odpoczynek ludzie zamożniejsi z miasta (głównie Żydzi), wtedy i mleko i jajka można im było sprzedać i nie trzeba już było z ciężarem do miasta człapać. Ale letników, tak wówczas nazywano wczasowiczów, nie było aż tak wielu.

Mężczyźni jakiegokolwiek fachu czy praktycznych domowych rzemiosł uczyli się najczęściej sami lub u kogoś starszego. Ktoś robił ławy, stołki, buty naprawiał, garnki czy miski lutował lub łatał. Słowem, w tamtych latach każda rodzina musiała umieć sama jakoś wyżyć. Owszem, zawsze sąsiad sąsiadowi pomagał w tych lub innych zajęciach czy pracach, bo w całkowitej samotności nie sposób było wyżyć.

Najbardziej chyba jednak opłacała się hodowla świń. Dużo tego nikt nie hodował, ale dwójka zawsze musiała być, bo jednego wieprza bito przed Bożym Narodzeniem, drugiego przed Wielkanocą. Gdyż w każdym domu wędlina zawsze musiała być, choć na co dzień też się jej nie jadło. Dobrą wędlinę jadło się zwykle na święta i kiedy przychodzili goście. Dla siebie robiono z podrobów i gorszego mięsa salcesony, kiełbasy pasztetowe, zwane wówczas wątrobianką. Cieńszą słoninę i sadło przesmażało się na smalec. I takie duże wiadro smalcu na długo wystarczało do smażenia. Grubszą słoninę soliło się i wędziło. Taka znikała szybko, bo podczas ciężkich prac rolnych często sięgano po kawałek słoniny z czarnym chlebem i ogórkiem.

— Tu w Krzyżakach był też zamek grafa Lasockiego. Miał on w swojej posiadłości ponad 400 ha ziemi i lasów i też zatrudniał wielu robotników. Niestety, został wywieziony na Syberię i tam zmarł. Do dziś w Kanadzie mieszka jego córka Marietta i już kilka razy przyjeżdżała na Litwę, odwiedzała ruiny swego zamku i stale podtrzymuje kontakty z nami, bo mój mąż był wielkim przyjacielem hrabiego Lasockiego – ocierając łzę w oku dodaje pani Bronisława.

Stary wiejski cmentarzyk jest wciąż pieczołowicie pielęgnowany Fot. Vida Pietiukonienė

Ze starych obiektów zachował się jeszcze na skraju okolicy na małym pagórku stary cmentarzyk. Pani Bronisława mówi, że istnieje on tu od zawsze, bo jeszcze dziadek męża o nim opowiadał. Przez wiele lat był on bardzo zaniedbany, zarośnięty zielskiem. W ciągu ostatnich lat cmentarzykiem zainteresowało się starostwo werkowskie i co roku przez okolicznych mieszkańców, młodzież szkolną cmentarzyk jest porządkowany, a na Zaduszki przychodzą tu mieszkańcy, zapalają znicze, sadzą kwiatki. Piękny to gest ludzkiej pamięci, bo wszak takich wiejskich cmentarzyków jest już bardzo niewiele, a i te co są, to zwykle całkowicie zaniedbane.

Ale że czas nigdy nie stoi na miejscu, a więc i życie zaczęło się zmieniać. Gdzieś w latach 1957-1958 w pobliżu zaczęto budować osiedle, popularnie zwane posiołkiem. Przydzielano wówczas kawałki ziemi i pozwalano budować domki, bo tu właśnie powstał sowchoz „Gulbinai”, gdzie ludzie z pobliskich miejscowości otrzymali stałą pracę. A hodowano tam najpierw pszczoły, ale że jakoś nie bardzo ten biznes się udawał, sowchoz przeszedł na hodowlę indyków i świń. I choć tam też ciężko było i płaca nędzna, ale zawsze to było już coś stałego. Ludziom wydzielono do swego użytku kawałki ziemi, tak zwane sznury, na których uprawiano ziemniaki, warzywa itp.

Dziś Krzyżaki zmieniły się nie do poznania. Powstały tu całe hektary działek ogrodowych, zbudowano wiele domów. Niektóre tylko letniskowe, ale jest też bardzo wiele pięknych domów murowanych i ludzie mieszkają tu na stałe. Większość z nich pracuje już w mieście, a ogródki uprawiają raczej dla własnej przyjemności i na własny użytek. A i same ogródki też się zmieniły. Ludzie coraz więcej sadzą krzaków i krzewów ozdobnych, ziół, przypraw i kwiatów. Starostwo co roku organizuje konkursy na najładniejszy i najlepiej uporządkowany ogródek. Ogród Bronisławy Bejnarowicz wielokrotnie był uznawany za najładniej i najlepiej wypielęgnowany oraz była ona odznaczana specjalnymi dyplomami. Miejscowi mieszkańcy są bardzo ambitni i ciągle pomiędzy sobą rywalizują, by ich zagroda była jak najładniejsza. Latem w swoich ogródkach zbierają się na kawę czy na świąteczny przysłowiowy szaszłyk.

Warto więc odwiedzić te okolice, bo tu pod bokiem i właściwie w mieście mamy kawałek dawnej tradycyjnej wsi. Wielu ciekawych rzeczy można też dowiedzieć się od starszych mieszkańców.