W poszukiwaniu wielkanocnego jajka…

276
Jajko – symbol odradzającego się życia, w chrześcijaństwie wiązany z motywem zmartwychwstania Chrystusa, symbolizujący nadzieję na życie wieczne Fot. Marian Paluszkiewicz

Mimo gwałtownego wzrostu cen, jakie zaskoczyły nas w przededniu Świąt Wielkanocnych, nie będzie zapewne żadnego stołu chrześcijańskiego, na którego honorowym miejscu nie rozgościłoby się jajko. Symbol odradzającego się życia, w chrześcijaństwie wiązany z motywem zmartwychwstania Chrystusa, symbolizujący nadzieję na życie wieczne.

Więc nie zważając na ceny, które skoczyły tak znacznie z powodu dyrektywy unijnej o dobrostanie kur niosek (większe klatki) — jajka są. W przeddzień świąt było ich jeszcze więcej. Niestety, nie tańsze, bo w granicy 5–9 litów i nie wszystkie rodzime. Wyręczyli jak zwykle polscy dostawcy.

Chcąc być bardzo „patriotyczni” planujemy wyprawę w poszukiwaniu fermy drobiarskiej, a tym samym i jajek. Wzrok nasz kieruje się do Rudomina, podwileńskiej miejscowości, gdzie od roku 1964 działa fabryka drobiu. Ale cóż, pierwsze niepowodzenie — „Vilniaus paukštynas” w ostatnich latach jest w zasadzie dostawcą brojlerów. Nie mają niosek.

Nie ma w Rudominie, będzie w „Vievio paukštynas”, czyli w Jewju, gdzie to kilka lat po Rudominie powstała analogiczna fabryka. Na dzień dzisiejszy deklarująca na wsze strony, że w ciągu roku zbierają ponad 300 milionów jaj.
— Przepraszamy, ale nie przyjmiemy dziennikarzy — słyszymy uprzejmy głos sekretarki. — Nasze przedsiębiorstwo przeżywa bardzo trudny okres. Zmianę władzy, a może nawet bankructwo.

No, jak kolosy zawodzą, rolnik zawieść nie może, wszak ludzie z Wileńszczyzny na pewno nie zapomnieli, jak się kury hoduje.

Danuta była inicjatorką, by rozpocząć hodowlę kur Fot. Marian Paluszkiewicz

— Nie zapomnieliśmy, chociaż okres początkowy mieliśmy tak niełatwy, że chcieliśmy zaniechać biznesu hodowli kur — mówi Danuta Andrzejewska, która takie gospodarstwo wraz z mężem Janem od roku 2009 na swej ziemi prowadzi. Ta ziemia, leżąca niedaleko Wilna, w Płacieniszkach, jest od pradziada Wincentego Maksymowicza, który tu właśnie 16 hektarów posiadał. Kiedy nadeszły czasy odrodzenia — ziemię po wielkim staraniu odzyskali, rozdzielili je między prawowitych spadkobierców, uczciwie, po ludzku i otrzymali 3,5 hektara na własność. Z jednej strony te hektary tak niedaleko Wilna dawały wielką nadzieję, z drugiej zaś — ziemia nieżyzna, pagórki, wąwozy (malownicze na rozlokowanie obejścia, ale dla uprawy — bardzo niekorzystne).

Trzeba było zabrać się do wytrzebiania krzaków, karczowania, równania terenu i zastanowienia się, jak ją najlepiej wykorzystać.

Mimo że są młodzi, mają za sobą już spore doświadczenie — imania się wszystkiego. Poznali się i pobrali jeszcze przed niepodległością, kiedy oboje pracowali w wileńskiej fabryce „Sparta”.

O hodowli kur gospodyni może już prelekcje wygłaszać Fot. Marian Paluszkiewicz

Ona — Danusia Maksymowicz z Zujun, on — Janek Andrzejewski z Syrwid, co to niedaleko Miednik leżą. Po ślubie zamieszkali w domu rodzicielskim w Zujunach, a kiedy nadeszły czasy odrodzenia, spróbowali swego szczęścia w Polsce. Faktycznie dobrze im się powodziło, dom nawet własny mieli, ale tam dopiero zrozumieli, co znaczą swoje strony, do których obojga ciągnęło. Po kilku latach pobytu w Polsce wrócili. Mieli już swą ziemię w Płacieniszkach, zbudowali tu dom, mąż warsztat samochodowy otworzył. Ale kiedy nadeszły czasy kryzysu i interes był mniej dochodowy, zaczęli myśleć o rozszerzeniu działalności.

Tym bardziej, że dorastała trójka dzieci — potrzeby były większe.

To właściwie Danuta była inicjatorką, by rozpocząć hodowlę kur, tym bardziej, że handlowcy przyjeżdżali z Polski i proponowali nioski. Zaryzykowali kupić najpierw trzydzieści i od tej pierwszej trzydziestki zaczęła się ta ich działalności. Też nie od razu, bo ileż Danuta musiała książek przewertować, żeby się zapoznać z hodowlą kur — brojlerów i niosek. W poszukiwaniu niosek pojechali do Polski i, jak mówi gospodyni, w tym, że ten interes ruszył — wielka zasługa Marka Granackiego, który taki biznes w Augustowie prowadzi. Ileż im pomógł, ileż cennych wskazówek udzielił, pomógł skontaktować się z innym gospodarzem, Józefem Sadowskim, który w swojej fermie hodował wówczas 5 tysięcy kur. Czyli wszystko to obejrzeli, zwiedzili, zakasali rękawy i — do pracy. Wszyscy, całą rodziną, każdy w miarę swych sił. Było to prawie cztery lata temu.

Najpierw zbudowali jeden kurnik, potem drugi, większy, na 200 m2, sprzęt (karmniki, poidła) sprowadzili z Polski. No i ziemię odpowiednio zaczęli zasiewać — łubin, groch, wszystko, co na mieszankę dla drobiu się nadaje. Sadzą też buraki, cukinie, resztę paszy kupują.

W Płacieniszkach zadomowiły się rude kury rasy Messa Fot. Marian Paluszkiewicz

Bo jak mówi pani Danuta, trzeba i o witaminy zadbać, i o bardzo jakościowy pokarm, bo inaczej kury nieść przestaną. Różne były okresy — kiedy jajka były tanie, wtedy mieli dużo niosek, a kiedy wiele niosek zlikwidowali — jajka podrożały. Tak to jest w biznesie — wszystkiego dokładnie nie obliczysz. Ale Andrzejewscy nie narzekają. Po prostu pracują. Imają się nadal wszystkiego. Obok kur niosek hodują brojlery, trzymają też kaczki, przepiórki, a w najbliższym czasie pani Danusia planuje do swojej fermy sprowadzić perliczki.

Czy jest trudno?

— No, przecież nie jestem sama — mówi gospodyni. — Moja największa podpora to mąż, przysłowiowa „złota rączka”. Janek wszystko umie, wszystko naprawi, nadal też prowadzi warsztat naprawy samochodów. Wielką pomocą są dzieci. Najstarsza 24-letnia Ilona, o dwa lata młodsza Kamila i 16-letni Patryk. Córki pomagają i w gospodarstwie domowym, i w innych pracach. A Patryk włączył się od razu do biznesu — opowiada z dumą mama.

Uśmiecha się i po chwili kontynuuje: „Kiedy tylko otworzyliśmy swój mini sklepik na Wiłkomierskiej — to od razu pomagał w sprzedaży. Aż się dziwiłam, że chłopak jest tak pomocny. Nasze dzieci są pracowite, widzą, że oboje z mężem pracujemy, więc chętnie nam pomagają” — mówi Andrzejewska.

Zatrudniają też robotników, bo bez nich by nie poradzili. Tym bardziej, że na miejscu mają małą rzeźnię. Jest więc rzeźnik, są też pomocnice, które oskubują kury z pierza (a to bardzo ciężka praca ręczna), no i w sklepiku — sprzedawczyni do sprzedaży towaru.

Ile jaj sprzedają? Bardzo różnie, w dni powszednie w granicy 300, w soboty — dwukrotnie więcej. Teraz, w przededniu świąt sprzedaliby ich o wiele więcej, jajka są bardzo dobre (jak mówi Danuta — marchewką kury karmią), ale, niestety, jak nadmieniliśmy powyżej — zmniejszyli liczbę niosek. Bo tak już jest w przyrodzie, że fermę drobiarską trzeba regularnie co półtora roku odmładzać.

Czyli znów kupować kurczaki. Gospodyni nie praktykuje wysiadywania piskląt przez kury we własnej fermie, spróbowała to zrobić w przypadku kaczek. Położyła około 70 jaj do wysiadywania, a w rezultacie wykluły się tylko trzy kaczuszki.

Tuż po świętach Andrzejewscy znów wyruszają do Polski, po kurczaki. Ale teraz już nie w nieznane, bo doskonale wiedzą, co im trzeba, jaka rasa kur najlepiej u nich się zadomowi. Kupują kurczaki rasy Messa, o których pani Danuta już całe prelekcje może wygłaszać. To, że te mieszańce użytkowe mają różną barwę upierzenia (ona kupuje rude), że w wieku 20 tygodni osiągają wagę 1,6 kg i że w pierwszym roku produkcyjnym znoszą około 290 jaj o kremowych skorupach. Jej wiedza jest o wiele większa, bo stale ją zgłębia czytając fachową literaturę, szperając w internecie.

Jak znajduje czas i na prowadzenie domu, i na rodzinę, i na zainteresowania — ona sama tylko o tym wie. Ona i jej znajomi. Bo jest doskonałą gospodynią — zadziwia wypiekami, daniami. Bardzo lubi śpiewać. A w roku ubiegłym po wielu latach przerwy zapisała się na naukę gry na akordeonie.

— W dzieciństwie zaczęłam się uczyć gry, ale złamałam rękę i  zaniechałam nauki. A teraz, kiedy syn uczy się w szkole muzycznej w Karolinkach — to się zachęciłam od nowa — opowiada szczupła, zadbana, bardzo młodo wyglądająca kobieta, której credem, jak też całej rodziny Andrzejewskich, jest: „Nie narzekać, a pracować”. Bo kiedy człowiek pracuje, wtedy i kryzys nie jest tragedią.