Tort Wielkanocny w wileńskiej Rodzinie Benedyktynek

212
 promieniejąca szczerym uśmiechem i dobrocią Matka Ksienia s. Imelda Fot.Marian Paluszkiewicz
Promieniejąca szczerośią i dobrocią Matka Ksienia s. Imelda Fot.Marian Paluszkiewicz

Zapewne każdy z nas nie raz i nie dwa byliśmy zaproszeni w gościnę: do rodziny, przyjaciół, znajomych. I każdy z nas ma w tej dziedzinie różne doświadczenia. Jakże często już od drzwi gospodarze spotykali nas szerokim uśmiechem, radością.

Wydawało się, że będzie tak wspaniale. Tymczasem już po kilku lub kilkunastu minutach obcowania wyraźnie odczuwaliśmy, że powiało chłodem, że wokół panowała jakaś ciężka aura, rozmowa się nie kleiła, choć gospodarze nadal byli bardzo uprzejmi. Dobrze wyuczone na każdą okazję uśmiechy i uprzejmości wreszcie stawały się nie do zniesienia i jak najszybciej staraliśmy się opuścić ten dom.

Do sióstr Benedyktynek przy wileńskiej ulicy Gulbių 4 z wizytą byliśmy umówieni wcześniej. Obcy dom, nietradycyjna, bo stosunkowo odizolowana od świata Rodzina. Ta inność wzbudzała w nas pewną tremę. Jak się zachować, by nie popełnić gafy, gdyż wszyscy dobrze wiemy, że dziennikarze (czasem nie ze złej woli) potrafią.
Dzwonek. Otwiera drzwi promieniejąca szczerym uśmiechem i dobrocią Matka Ksienia s. Imelda: „Zachodźcie, kochani, czekamy was, mile was witać w naszych skromnych progach”. Od razu rozgościliśmy się, bo poczuliśmy, że nie z grzeczności, czy z obowiązku byliśmy tu czekani, a z całym sercem.

Ich klasztor był założony przez św. Benedykta we Włoszech i w 2000 roku obchodził 1500 lat swego istnienia. W Wilnie siostry istnieją od 1622 roku. Jaka jest ich reguła? Co jest podstawowym zadaniem? Reguła jest dość surowa, bo jest to klasztor kontemplacyjny, a głównym jego zadaniem jest modlitwa  kontemplacyjna, adoracja Przenajświętszego Sakramentu i codzienna dnia praca.
— Wstajemy już o 4.30 z rana, a za 5 minut 6 zaczynamy modlitwę.  Modlimy się za wszystkie stany zarówno duchowne, jak i świeckie. Obejmujemy swoją modlitwą wszystkie kontynenty i wszystkie zawody: lekarzy, nauczycieli, naukowców, bezdomnych, pijaków i najgorszych grzeszników – opowiada, pokazując nam swą kaplicę s. Imelda.

O 5.55 rano siostry są już na modlitwie Fot. Marian Paluszkiewicz
O 5.55 rano siostry są już na modlitwie Fot. Marian Paluszkiewicz

Wielu nawet wierzących ludzi nie przywiązuje większej wagi do modlitwy, twierdząc, że dużo razy o coś szczerze Boga prosili i nie otrzymali. Zapominają przy tym o jednym: Bóg daje tylko to, co człowiekowi jest najbardziej potrzebne i tylko On to wie. Małe dziecko też bardzo często gorąco i ze łzami prosi mamę o zapałki lub ostry nóż, ale dobra matka nigdy mu tego nie da. I tu, jak naucza Kościół, należy pamiętać, że my wobec Boga też jesteśmy małymi dziećmi i nie rozumiemy, co dla nas jest najlepsze.

Kilka dni temu całkiem przypadkowo wpadł mi w ręce mały obrazek, na którym przed zamkniętymi i bez klamki drzwiach stał Chrystus i pukał. Dlaczego bez klamki? Może, żeby ktoś nieproszony nie wszedł? Chyba tak. Ale przecież Chrystus mógł, nie pukając wejść. Tak. Jednak On pokazał, że nigdy niczego nie robi na siłę i zawsze nam pozostawia wolny wybór. Chciał też jakby własnym przykładem potwierdzić wypowiedziane przez siebie kiedyś słowa: „Pukajcie, a wam otworzą, proście, a dadzą”.

Niestety z ludźmi nie zawsze tak bywa, ale z Bogiem, na szczęście zawsze. On zawsze otwiera swoje „wrota”, zawsze udziela swych łask. Ale siostry (a w tej chwili jest tu cztery) żyją stałym pukaniem i stałą modlitwą. Bardzo rzadko widują się z ludźmi, nawet z własnymi rodzinami, bo od chwili ślubów wieczystych maoją nową, swoją rodzinę.

Dużo modlitwy, rozmyślań, wiele umartwień.  A jakie są tego rezultaty, czy widoczne owoce.
— Jak najbardziej. Serce rośnie, gdy teraz przed świętami widzimy ogromne kolejki przy konfesjonałach, odprawiane przez młodzież rekolekcje, latem młodzieżowe pielgrzymki itp. A dla iluż młodych i starszych osób był to pierwszy krok, krok z ludzkiego punktu widzenia bardzo odważny, bo pomimo niezbyt chlubnego dotąd życia, uwierzyli w Boże Miłosierdzie i otworzyli Mu swoje „drzwi” — twierdzą siostry.

Gdzie pracują, z czego się otrzymują? Faktycznie nigdzie nie pracują, aczkolwiek wiele różnych prac przypada robić w domu: piec opłatki, komunikanty, prać, reperować i doglądać bieliznę kościelną oraz szaty liturgiczne. Czasem przychodzą do sióstr ludzie z prośbą o modlitwę w jakiejkolwiek bardzo ważnej dla nich sprawie i wówczas po prostu przynoszą jakieś jedzenie. Skromnie się żyje siostrom, ale nie narzekają, jak same mówią, dzięki opiece Boga i ludzkiej ofiarności jedzenia im nigdy nie zabrakło.
A mistrzynią od kuchni jest siostra Celestyna. Mistrzynią dlatego, że często z tego, co ma pod ręką, potrafi ponoć zawsze coś fajnego wyczarować.
— Gotuję zwykle to, co mam, siostry zresztą nie są wymagające. Szczególnie w Wielkim Poście odmawiamy sobie wielu drobnych przyjemności – dodaje s. Celestyna.
Cały Wielki Tydzień dla sióstr był szczególny pod wieloma względami: niemal całkowitego milczenia (o, rety, jakie to musi być trudne!), skromniejszego jedzenia i zdwojonej modlitwy. Modlitwy szczególnie za emerytowanego papieża, za papieża Franciszka, za spowiedników i spowiadających się.

Siostra Celestyna jest mistrzynią od kuchni Fot. Marian Paluszkiewicz
Siostra Celestyna jest mistrzynią od kuchni Fot. Marian Paluszkiewicz

A jak będą wyglądały same święta?
— Też nic ponad nakazującą przyzwoitość i umiar. Będą zwykłymi farbami malowane jajka, kiełbaska, szyneczka, sałatki i trochę innych drobiazgów — mówi s. Imelda
Tymczasem prawdziwy „rodzynek” zostawiła na koniec. A jest nim Benedyktyński Tort, którego przepis powstał ponad 1500 lat temu i który w ciągu wszystkich tych lat gości w klasztorach na benedyktyńskich stołach. Mistrzynią od pieczenia tego tortu też jest siostra Celestyna i w tym roku będzie on należał również do jej obowiązków.

I choć nasza dziennikarska ciekawość nas rozpierała, nie mieliśmy odwagi spytać o przepis na taką „kulinarną perłę”.  Ale siostra przełożona miała inne zamiary i inny plan. Miała bowiem nam już przygotowany własną ręką pisany przepis i wręczyła go z intencją, by jak najwięcej ludzi z niego korzystało nie tylko na Wielkanoc, ale przy okazji każdej większej uroczystości. Przepis nas zaskoczył, myślę, że czytelników również zaskoczy.

TORT BENEDYKTYŃSKI

Ciasto tortowe pieczemy według własnego gustu. Może to być biszkopt, napoleon, kruche, francuskie itp. Najważniejsze są tutaj dodatki, czyli tzw. przyprawy i na nich się właśnie skupmy:
Wziąć łyżeczkę modlitwy — nie żałować, w każdym razie taką dużą, aby nadała całemu dniowi woń Ducha nadprzyrodzonego. Dać porządną garść cierpliwości i zmieszać z utłuczoną masą dobroci — nigdy jej za dużo. Do smaku dodać soli mądrości przechowywanej w naczyniu roztropności. Wanilia dobrego humoru, skórka pomarańczowa życzliwego uśmiechu — podnoszą smak. Przydadzą się też rodzynki opanowanych ruchów i spokoju, ale wystrzegać się za wszelką cenę gorzkich migdałów — nerwów.
Przyprawę tę należy podsypać dobrą dozą miłości własnej zmiażdżonej na proszek w moździerzu pokory. Ciasto wymieszać starannie ręką odpowiedzialności, sumiennie rozwałkować chroniąc się od lenistwa i egoizmu, przełożyć konfiturami dobrych uczynków i wstawić do pieca żarliwej miłości Boga i bliźniego. Torcik wspaniały – miły w smaku i wzmacniający duchowo. Ma długą tradycję, bo ponad 1500 lat. Radzę spróbować. Smacznego!

I tu chyba nic dodać, nic ująć. Najlepsi kucharze świata również twierdzą, że każda potrawa się uda i będzie smaczna, jeśli ją będziemy przyrządzać z miłością.
Ale z tego przepisu wynika jeszcze bardzo ważny dla każdego z nas morał. Prawdopodobnie nie tort jest tu głównym (aczkolwiek bardzo pięknym) bohaterem. W tym „przepisie” zawarta jest wielka miłość do każdej czynności, jaką wykonujemy, wielka miłość do Boga i bliźniego. W tym momencie pozwolę sobie zaryzykować  stwierdzenie, że w tym jakże skromnym przepisie streszczony jest nasz cały rachunek sumienia zawierający cenne wskazówki, jak być dobrym chrześcijaninem, jak wcielać w życie Osiem Błogosławieństw, by osiągnąć życie wieczne.
Myślę, że siostry zaoferowały nam nie lada orzeszek do zgryzienia i za to im wielkie dzięki. A jak nam to się uda, zobaczymy. Jedno jest niewątpliwe, warto się zmierzyć z takim zadaniem nawet wtedy, jeśli pierwsze „ciasto wypadnie z zakalcem”.
Kiedyś podczas dyskusji z koleżanką powiedziałam, że tak bardzo przed świętami „nadreptałam się” przy garach i jak dobrze by było, gdyby jak na czarodziejskie słowa: „stoliku nakryj się” i wszystko się samo zrobiło. Zawstydziła mnie wówczas okropnie, mówiąc, że nigdy by tego nie chciała, bo dla niej przygotowania do świąt mają specjalny urok i są w pewnym sensie „przedsionkiem” świąt. Zrozumiałam, że miała całkowitą rację, bo do każdej czynności należy podchodzić z miłością.
A na zakończenie dodajmy, że pomimo iż siostry prowadzą tak zamknięty tryb życia, nie są oderwane od najważniejszych wydarzeń, dobrze się też orientują, o czym pisze „Kurier” (sporo słów życzliwości usłyszeliśmy o gazecie, bo od lat prenumerują) i dlatego dla zespołu „Kuriera” i jego czytelników siostra Imelda przygotowała specjalne życzenia, które wyśpiewała słowami hymnu na Jutrznię Wielkanocną:

„Niech Zmartwychwstanie Bożego Syna,
Będzie nadzieją dla wszystkich ludzi,
Nastało bowiem królestwo łaski,
W którym Zbawiciel obdarza szczęściem”.

Oto dzień, który Pan uczynił. Radujmy się i weselmy. Alleluja!
My też z całego serca dziękujemy Bogu i Siostrom za tak wiele z serca płynącego ciepła, pogody ducha, radości oraz za jakże krótkie, ale jakże wymowne w swojej treści rekolekcje zarówno nam, jak też (mam nadzieję) czytelnikom. Dzięki, że jesteście. Szczęść Boże!