Zabawa wierszem Jana Rożanowskiego

249
Jan Rożanowski fot. Marian Paluszkiewicz
Jan Rożanowski Fot. Marian Paluszkiewicz

Przyznaję, że na wiersze Jana Rożanowskiego natrafiłam przez przypadek, błądząc w przepastnym Internecie.

Przy jego wierszach na portalu społecznościowym znalazły się tysiące lajków („to lubię”) i moc pozytywnych komentarzy („jak to miło z ranka samego przeczytać Rożanowskiego”). Być może dlatego, że autor łamie konwencje, pisząc w gwarze wileńskiej; z ironią, a często z samoironią, mówiąc o tym, „co mu w duszy gra”…
Na spotkanie z autorem umówiłam się z niejakim trudem.
— Co ja będę opowiadał, zwykły chłop wiejski — wzbraniał się Rożanowski. — Tylu jest prawdziwych poetów, lepszych ode mnie, wartych uwagi.W podwórku jego domu na kolonii w Mieżanach (starostwo podborskie w rejonie solecznickim) panuje prawdziwa wiejska sielanka — dom się kryje za szpalerem gęstych wysokich drzew, panuje tu cisza i święty spokój. Siadamy w drewnianej altance, którą, jak się okazało, wykonał własnoręcznie sam gospodarz. Dziełem jego rąk jest też łaźnia, od początku do końca drewniana, dopatulona mchem, kryta gontem. Pod pułapem przy wejściu napis po łacinie: „Jeżeli Bóg z nami, to któż przeciwko nam”.
Poza pracą z drewnem Jana Rożanowskiego zajmuje też po trosze krajoznawstwo.

— Mieszkamy na pograniczu kultur — mówi. — Przemieszały się tu języki polski i litewski. Tuż za pobliskim laskiem rozciąga się już Dzukija, języki polski i litewski przenikają się tu wzajemnie. Dzukowie mówią np. „Łaba dziena” (jak dzień), z wyraźnym „dz” jak to Dzukowie. Zaś moi dziadkowie mówili np. „Jaka z tego nawda” — zastanawiałem się, co to jest ta nawda, potem już zrozumiałem, że to wyraz od litewskiego — „nauda” czyli korzyść. Używało się od zawsze takich wyrazów, jak świron (od lit. — svirnas), poszor (pašaras) czyli karma. Mama mówiła „milżyn” (milžinas — lit., czyli olbrzym) na kogoś dużego. Babcia zaś chodziła do lasu po raudony i miszkini.

Jan się śmieje, że jeden grzyb, a tyle różnych nazw w różnych regionach. Te raudony to po naszemu, po wileńsku, to nic innego jak podosiniaki, zaś Polacy w Polsce mówią na nie kozaki ze względu na czerwone czapeczki. I tak jest w każdej wiosce — są tu swoje wyrazy-perełki, swoje naleciałości, których inni nie rozumieją. Śmieje się, że np. absolutnie niezrozumiałym wyrazem dla Polaków z Polski jest np. „ciamcia lamcia” — odpowiednik ciamajdy.

„Choć ta kresowa potoczna mowa/w polskości miodzie jest komuś dziegciem/Tak miendzy nami —myż ruzmawiami/ po chatach głównie na dialekcie”…  — czytam w wierszu „Mowa kresowa”.
Sam Jan posługuje się piękną polszczyzną, ale przyznaje, że rodzice nigdy nie rozmawiali po warszawsku czy krakowsku, tylko — po wileńsku. Zastrzega, że nie „po prostemu”, tylko właśnie po wileńsku.
— Myślę, że nie warto odżegnywać się od mowy swych dziadów i pradziadów. Nasz dialekt północnokresowy jest piękny i ma rację bytu, tak samo jak gwara śląska, mazurska, dialekt kaszubski czy żmudzki — mówi Jan. — Poza tym nasz dialekt jest naukowo zbadany, zaś dr Halina Turska napisała prace naukowe o polszczyźnie kresowej, jak też o lituanizmach i rusycyzmach w naszym języku.

Pierwsze wiersze zaczął układać jeszcze w szkole w Tietiańcach, gdzie jak zaznacza, mimo sowieckich czasów miał świetnych polonistów — Janinę Kuryło i Hieronima Dowgiałło.
— Wymagali od nas bezwzględnie, żebyśmy rozmawiali poprawnie po polsku nawet na przerwach. Pani Kuryło kładła nacisk na to, żebyśmy w tej masie rusycyzmów dbali o czystość polszczyzny, byśmy pamiętali o potrzebie jej zachowania. Pan Dowgiałło świetnie uczył literatury — z początku tłumaczył różne terminy, pojęcia, potem przystępowaliśmy do pracy z tekstem literackim — wspomina Jan Rożanowski.

To właśnie pan Dowgiałło zadał na lekcji napisanie wiersza. Jak mówi Jan, kiedy ułożył wiersz i pokazał dla polonisty, ten zapytał, kto to napisał. Nie uwierzył w autorstwo ucznia.
— Po tym wydarzeniu długo już wierszy nie pisałem — śmieje się Jan Rożanowski. — Teraz piszę dla zabawy, dla żartu. Lubię czasami coś wyśmiać — najczęściej sam siebie. Postanowiłem wierszować w gwarze. Gwarą wileńską pisze np. Wincuk z Pustaszyszek w „Kurierze”, ale prozą. Ja postanowiłem tekściki zrymować. Ot, takie tam króciutkie wierszyki, żeby się człowiek nie zmęczył myśleniem.

Jak mówi Jan Rożanowski, tematy rodzą się same z siebie, bardzo różne, mówi, że sam nie wie, skąd się to bierze, często rymy przychodzą po prostu w trakcie codziennej pracy. Wśród wierszy znalazł się „Wileński epos narodowy”, ale i „Oda do cepelinów”, jest erotyk „Miendzy nami” i „Katechizm Pulaka z Wilni”, a nawet „Maczanka” doczekała hymnu pochwalnego na swoją cześć:
„Ni maczanka to była, a bajka!/Kindziuk przy niej — statysta na planie./W czym jej sekret,/ czy w tych swojskich jajkach?/Czy w prawdziwej wiuskowej śmietanie? (…)”

Na początku zamieścił w internecie jeden, drugi utwór, wyglądało, że ludziom się spodobało. Potem się zaczął zastanawiać, kto te wiersze czyta, rzucił hasło w Internecie i się okazało, że 80 proc. internautów to ludzie z Wileńszczyzny, którzy z różnych przyczyn okazali się poza granicami Litwy.
— Ludzie chyba tęsknią za swojską gwarą, za lekką prostą formą wiersza. Z własnego doświadczenia, po dłuższym pobycie w Polsce, wiem, że te ciągoty do swojej gawędy, do gwary zostają. No i ludzie mają serdecznie dość polityki.

 „…Ni rzucim wonskich tych uliczek,/gdzie drogi jest nam każdy kamień,/ni mami polskich tu tabliczek,/bo my na pamieńć Wilna znami”.
Jeżeli pisze o historii i skomplikowanych stosunkach polsko-litewskich, to też robi to na wesoło. Zresztą takich „upolitycznionych” wierszy ma mało, tylko dwa, napisał je, jak mówi, „ku pojednaniu”:
„(…) Minie jak wiosenna chandra/pomysł wszczęcia tutaj wojen./Vilnius yra musu bendras!/Wilno moja jest i twoja!”

— Oburzyłem się, kiedy kibice „Lecha” Poznań wołali pod Ostrą Bramą „Jesteśmy u siebie” — ciągnie dalej Jan Rożanowski. — My przecież nie jedziemy do Poznania i nie twierdzimy, że to nasze tereny. Gdybym wydawał takie okrzyki w Poznaniu, zabraliby mnie do „wariatkowa” od razu. Moim zdaniem, jest to zwaśnianie narodów.
Oburzające jest też, gdy padają hasła „Litwa dla Litwinów” — dobrze, ale niech będzie Litwa dla wszystkich Litwinów, spadkobierców WKL — nie tylko lietuvisów, ale też Polaków, Rosjan, Karaimów, Tatarów.

Zdaje sobie sprawę z tego, że ma swoich zarówno zwolenników, jak i przeciwników, nieraz otrzymał wiele krytyki pod swoim adresem. „Wilenska mowa!/w niej pierwsze słowa/na świat przyszedłszy ja usłyszałem…/Śpiewno gawendo dzieci me bendo/także zaciongać jak sam Marszałek”.
— Posądzano mnie o łamanie polszczyzny, wtrącanie obcych słów. Tak się zastanawiam słysząc tę krytykę: czy to właściwie ja połamałem ten literacki język polski na Wileńszczyźnie? — mówi.

Z okazji Dnia Niepodległości Polski

Poprawniejsza z mowy zawsze,
zagraniczna, ale swojska…
Polski my ni zapomniawszy,
droga sercam naszym Polska.
Choć my tu w ojczystej chacie
i pałuczki bierzem w litach,
pamientami — nasza Macierz
to Rzecz Polska pospolita.
Ona miawszy triumf, klenski,
sprzymierzeńców znawszy zdrada…
Cob ni Ziuk nasz podwilenski,
dziś ni mielib o czym gadać.
Dzielo nas dosłownie mili,
mamy wspólne niebo prawie.
Żeb my Wilni ni lubili,
wszystkie bylib już w
Warszawie.
Płyniem swojej życi nurtem,
o powszednim myślonc chlebie,
Polsce pójdziem pomóc hurtem,
jak ta znajdzie sie w potrzebie.
Jak Jej bendo gryźć „sabaki”,
my z odsieczo raz na przełaj…!
Pokond w Wilni son Pulaki,
licz, że Polska nie zginęła.

Wszystko mienia sie …Wczoraj gorzkie ze mnie dziecie
dzisiaj — w dobrym stanie antyk.
Wszystko mienia sie w tym świecie,
ni ma żadnej w nim konstanty.
Gorszy dzień jest i dzień lepszy,
raz wyszczyżam sie, raz płacza…
Nawet gwiazdy — ja spostrzegłszy — świeco każda noc inaczej.
Raz czym wyżej — innym
razem
nam zależy być czym głembiej…
Demba cień mnie był oazo…
Ni ma śladu już po dembie.
Już ni tak, tylko inaczej
refren zaciongam w piusence.
Pies tak samo ni zaskacze
na mój widok nigdy wiencej.
Nas i uczuć naszych stany
mienion sie w każdziutkiej chwili.
Dobry Bóg wymyślił zmiany,
żeby my sie ni nudzili.
Kulorami sie przeplata,
życia, wije sie jak żmija…
Żal mnie tylko tego lata,
które bezpowrotnie mija.
Bywa że pudobne plotki,
ale różnym celom służo.
Nawet identyczne zwrotki
nigdy sie już nie puwtórzo.
Już za rok ni znajda cienia —
ktoś spiłował domb moj tamty…
Wszystko sie w tym życiu
mienia, ni ma żadnej
w nim konstanty.

Komentarze polonistów

Dr Teresa Dalecka z Centrum Polonistycznego Uniwersytetu Wileńskiego:
„Może poezja Rożanowskiego jest potrzebna dla określonego kręgu odbiorców, ale z pewnością w koneserach wzbudzi pewien niesmak. W kręgu przyjaciół przy piwie poczytać te wiersze i traktować je jako żart — owszem, można. Ale nie mogą być one absolutnie traktowane jako poważna twórczość.
Prawdziwa poezja ma różne funkcje — jedną z nich jest uwrażliwianie odbiorcy. Te wiersze, które czytałam, nie uwrażliwiają — miejscami były rubaszne i budziły mój niesmak. Jeżeli przeczyta je jakiś młody umysł, jeszcze nieukształtowany — to może się spodobać — bo to śmieszne, zabawne, lekko ironiczne itd. Ale może to skutkować tym, że poważniejsza poezja, która niesie ważne treści, dla młodego odbiorcy wyda się nudna, nieciekawa i odpychająca.
Można tymi wierszami bawić się we własnym kręgu, ale nie jestem w stanie tym się zachwycać, nie bierze mnie to za serce. Poza tym nie wiem, kto je czyta, ale dla odbiorcy z Polski co trzecie słowo jest niezrozumiałe — mam właśnie teraz gości z Polski, którzy nie rozumieją rusycyzmów, od których roi się w wierszach”.
Dr Irena Masojć, dyrektor Katedry Filologii Polskiej i Dydaktyki Litewskiego Uniwerytetu Edukologicznego:
„Wiersze J. Rożanowskiego, które są dostępne w Internecie, to z pewnością dobry materiał na folklor wileński, który może świetnie bawić, o czym zresztą świadczą wpisy internautów. Folklor jednak funkcjonuje głównie w postaci mówionej, a nie pisanej.
Polszczyzna jak każdy język narodowy ma wiele odmian: odmianę standardową, odmiany terytorialne — dialekty i gwary (te dwa pojęcia różnią się swoim zasięgiem terytorialnym  — dialekt obejmuje większe terytorium, na którym w użyciu są różne gwary) oraz odmiany środowiskowe — slangi, czyli gwary środowiskowe, wyróżniające się pewnym zasobem odrębnego słownictwa i ekspresywnością, np. slang młodzieżowy. Język, którym posługują się twórcy strony internetowej „Pulaki z Wilni” jest zjawiskiem pogranicznym, mieszanym: najbardziej nawiązuje do slangu, lecz poza osobliwym, a właściwie typowym dla Wileńszczyzny, słownictwem wykorzystuje też tradycyjne gwarowe formy gramatyczne, np. (ja) „miał dwójka”, a nawet fonetyczne, np. „Pulaki, przeboji”. Dialekty i slangi są to odmiany, które mają tylko postać mówioną, ich zapis stanowi swojego rodzaju ewenement, np. słynny utwór E. Redlińskiego „Konopielka”. Ich elementy wykorzystuje się w literaturze w celu stylizacji, głównie w dialogach w celu charakterystyki bohatera. Pojawienie się literatury i tekstów publicystycznych, pisanych w całości dialektem, jak się dzieje współcześnie na Śląsku, sygnalizuje, że chce on aspirować do roli odrębnego języka. Takich aspiracji nie mają chyba ani autorzy strony internetowej „Pulaki z Wilni”, ani J. Rożanowski. Ich celem jest typowa dla slangu zabawa językiem, która i spotyka się z akceptacją większości czytelników.
Co w tym zaskakuje i niepokoi językoznawcę? Forma pisana tych tekstów. W odmianie pisanej występuje tylko język standardowy. Jego pisownia opiera się na tradycji i nie zawsze odzwierciedla wymowę, np. pisze się „nad Solczą”, choć Polak z kraju mówi „nad Solczou”, pisze się „Faceboook”, choć wszyscy czytają to jako „fejsbuk”. Stosowanie zapisu fonetycznego (jak się słyszy, tak się pisze) jest świadomym łamaniem konwencji. Byłoby to wybaczalne, gdyby nie niosło ze sobą szkody. Negatywne konsekwencje mogą być takie, że młodzi czytelnicy mogą niewłaściwie odczytać tę intencję.
Tymczasem należy uświadamiać sobie, że to, co dopuszczalne jest w języku mówionym, nie jest do przyjęcia w języku pisanym. I to głównie bulwersuje i wzbudza niepokój polonistów.