W oczekiwaniu na wojnę, informacyjna już trwa

337
Według wielu ekspertów medialnych, obok agresji wojskowej na wschodzie Ukrainy Rosja prowadzi też wojnę informacyjną, ale już na skalę światową Fotomontaż Marian Paluszkiewicz
Według wielu ekspertów medialnych, obok agresji wojskowej na wschodzie Ukrainy Rosja prowadzi też wojnę informacyjną, ale już na skalę światową Fotomontaż Marian Paluszkiewicz

Konflikt zbrojny na wschodzie Ukrainy może stać się zarzewiem trzeciej wojny światowej, przekonują niektórzy politycy i politolodzy. Tymczasem zmagania na skalę światową już się toczą co najmniej od kilku lat.

„Trwa wojna informacyjna” — mówią litewscy politycy wskazując na machinę rosyjskiej propagandy i zapowiadają odwet. Zaraz przyznają jednak, że nie mają wiele możliwości, żeby przeciwstawić się zalewającej Litwę i świat kremlowskiej propagandzie.
Znana litewska „piarowiec” i polityk Rūta Vanagaitė przyznaje w jednym ze swoich wywiadów, że sytuacja jest paradoksalna, bo Litwa i inne kraje zagrożone rosyjską propagandą nie mogą skutecznie jej przeciwstawić się, gdyż są (sic!) krajami demokratycznymi.
Jej zdaniem, u nas nie można zmusić wolnych mediów do propagowania doktryny władz dlatego, że media są właśnie wolne, a władza demokratyczna.

Z kolei w Rosji większość mediów albo są kontrolowane przez władze, albo w obawie przed ewentualnymi ich represjami „dobrowolnie” działają na rzecz kremlowskiej propagandy.

Słowa Vanagaitė potwierdzają ostatnie działania władz rosyjskich,
które przejawiły się w kontekście naświetlenia informacji o wydarzeniach na Ukrainie. Po opublikowaniu wywiadu z liderem ukraińskich nacjonalistów została tam rozpędzona redakcja portalu lenta.ru — do niedawna jednego z nielicznych rosyjskich mediów starających się pozostać obiektywnymi. Za odmowę dostępu służbom specjalnym do kont użytkowników portalu „V kontakte”, rosyjskiego odpowiednika Facebooka, jego założyciel i współwłaściciel musiał sprzedać swoje udziały i poszukać innej pracy, ale już za granicą Rosji.

Przykłady ich losów, wydaje się, działają, przynajmniej na poziomie podświadomości, nie tylko na rosyjskie media, ale też zagraniczne, w tym też krajów unijnych.
Działania tego mechanizmu na zagraniczne media ujawnił niedawno znany litewski publicysta i bloger Andrius Tapinas, który na przykładzie należącego do skandynawskiej spółki „MTG” („Modern times group”) litewskiego operatora sieci kablowych i właściciela kilku ogólnokrajowych kanałów telewizyjnych (w tym najbardziej oglądalnego TV3) — spółki „Viasat”. Jako jedyna odmówiła
podporządkowania się nakazom sądowym o wstrzymaniu transmisji rosyjskich „NTV Mir Lithuania”, „RTR Planeta”, PBK (Pervyj Baltijskij Kanal).

Transmisje tych telewizji, uznawanych za tuby kremlowskiej propagandy, na Litwie zostały wstrzymane na 3 miesiące za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji o wydarzeniach na Ukrainie oraz za oszczerstwa wobec Litwy. Wszystkie litewskie kablówki podporządkowały się tej decyzji sądu. Należący do Szwedów „Viasat” — nie.
„Nie ograniczamy retransmisji rosyjskich kanałów, ponieważ szanujemy wolność słowa” — oświadczył rzecznik prasowy MTG Henrikas Toremarkas.
Andrius Tapinas zbadał sprawę i okazało się, że źródłem szwedzkiego „szacunku” do wolności słowa mogą być interesy biznesowe koncernu MTG, który jest największym, ale bez pakietu kontrolnego, udziałowcem rosyjskiej „STS Media”, która z kolei jest właścicielem trzech ogólnokrajowych stacji telewizyjnych.
Pod względem oglądalności zajmują one drugie miejsce po stacjach należących do kontrolowanej przez Kreml grupy „Gazprom-Media”. Współwłaścicielem Szwedów w Rosji jest inna rosyjska spółka kontrolowana przez prokremlowskich oligarchów i ich firmy. Co więcej, absolutna większość przychodów z reklamy na kanałach „STS Media” pochodzi z również przez Kreml kontrolowanej agencji „Video International”.
Na marginesie warto zauważyć, że szefem „STS Media” jest zawodowy „były” wojskowy, który już pracując w mediach w 2007 roku dostał wyższy stopień wojskowy — został majorem.
Zdaniem więc litewskiego dziennikarza, ta zależność szwedzkich interesów w Rosji, a nie ich oddanie wolności słowa, może być prawdziwym powodem ignorowania decyzji litewskich sądów o wstrzymaniu retransmisji rosyjskiej propagandy.
Na Litwie, co najmniej od kilku miesięcy, mówi się o potrzebie skuteczniejszej walki z nią, ale na to brakuje albo środków, albo nawet pomysłów.
Zarząd telewizji publicznej proponuje, na przykład, transmitowanie głównych wiadomości z napisami po rosyjsku i polsku. Decydenci telewizyjni zapominają przy tym, że zwykłego odbiorcy przyciąga nie język, lecz treść wiadomości. Co więcej, jak wynika z ostatniego Powszechnego Spisu Ludności, absolutna większość mieszkańców kraju, w tym należący do mniejszości narodowych, znają język litewski, ale to nie przekłada się jednak na oglądalność litewskich wiadomości, a i telewizji w ogóle.
Litwa proponuje Łotyszom i Estończykom wespół założyć rosyjskojęzyczną telewizję dla przeciwwagi rosyjskich kanałów, jednak ani Litwa, ani pozostałe kraje nie mają na to środków. Pojawił się więc pomysł, by poprosić Brukselę o dofinansowanie takiej telewizji, ale na razie sprawa ta niedaleko wyszła poza ramy pomysłu.

Swoją pomoc w zwalczaniu rosyjskiej propagandy Litwie zaoferowała Polska. Jej Telewizja Publiczna wyraziła gotowość podjęcia współpracy na zasadach komercyjnych z litewskimi operatorami. Strona litewska na razie nie wyraziła większego zainteresowania polską ofertą. Ten brak zainteresowania, wydaje się, może mieć też podtekst ideologiczny, bo jak zauważa doradca premiera, sygnatariusz Aktu Niepodległości Litwy Vytautas Plečkaitis, Polska na Litwie jest wciąż odbierana przez pryzmat międzywojennego konfliktu o Wilno i rzekomej ingerencji Warszawy w wewnętrzne sprawy Litwy, za jakie oficjalne Wilno uznaje problemy polskiej mniejszości.

W swoim piątkowym komentarzu Plečkaitis zaznacza jednak, że obecnie Polska jest przyjacielem Litwy, gotowym do jej obrony w przypadku zewnętrznej agresji. A odtrącanie polskiej przyjaźni zwiększa też wpływy rosyjskiej propagandy również na mniejszość polską.
„Miejscowi Polacy, którzy w Wilnie stanowią około

20 proc. ogółu mieszkańców,  czytają chyba tylko »Kurier Wileński«. Albo też rosyjską prasę, której w Wilnie na pewno nie brakuje. To niestety może oznaczać, że część polskiej wspólnoty na Litwie wcale nie orientuje się na Warszawę i polską kulturę” — zauważa Plečkaitis.