Grzegorz Miller: Chciałbym dawać radość widzowi

0
48

Rozmowa z Grzegorzem Millerem, aktorem, wokalistą, uczestnikiem IX Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Wileńskie Spotkania Sceny Polskiej”.


Grzegorz Miller zaznacza, że granie dla dzieci jest najtrudniejszą formą aktorstwa Fot. Grzegorz Gaffke

Podczas „Wileńskich Spotkań Sceny Polskiej” wystąpił Pan w spektaklu dla dzieci „Mała Oj-czy-zna” w reżyserii Magdaleny Olszewskiej, wyprodukowanego przez Fundację Pomysłodalnia. Czy był to pierwszy spektakl dla dzieci z Pana udziałem?

Tak, jest to pierwszy spektakl dla dzieci, w którym mam przyjemność brać udział. Wcześniej stroniłem od tego, uważam bowiem, że granie dla dzieci jest najtrudniejszą formą aktorstwa. Wymaga nie tylko skupienia u aktora, ale też mobilizacji, która pozwala przykuć uwagę dziecka do końca spektaklu.

Dzieci to bardzo wymagająca publiczność. Czy ten spektakl potrafi zaangażować ich uczucia i uwagę bardziej niż smartfon czy internet?

Myślę, że kluczowym słowem są tu uczucia. Spektakl budzi różne emocje: od strachu poprzez łzy, kończąc na śmiechu. Te emocje wywołują efekty specjalne, dźwiękowe czy gra świateł. To wszystko wpływa na odbiór. Takim przesłaniem, które, mam nadzieję, trafia do dzieci, jest ochrona pszczół, ochrona środowiska i zrozumienie skali problemu, że jeżeli teraz wyginą wszystkie pszczoły na świecie, to za cztery lata nie będziemy mieli, co jeść. Dlatego nadszedł czas, by działać w naszym domu i naszych małych ojczyznach i ratować pszczoły.

Gra Pan w tym spektaklu kilka postaci. Może ja pan scharakteryzować?

Najpierw jestem sową, potem jeżem, kornikiem i duchem lasu. Jedną z postaci, które gram, jest bąk Bombus Lapidarius i to z nim miałem największe trudności, bo jest to taki fircyk i łobuziak. Miałem trudności z pomysłem na język dla tego bąka, ale mam nadzieję, że udało mi się go wypracować.

Trudno być kimś, kim się nie jest?

Ciężko, chociaż czasami ludzie zakładają maski, zamiast być sobą. Bycie aktorem wymaga tego, żeby wcielić się w kogoś, kim się nie jest. To wymaga poznania charakteru danej postaci, począwszy od cech wewnętrznych, a skończywszy na sposobie chodzenia na przykład. Różne charakterystyczne cechy składają się na efekt końcowy.

Jak Pana przygotowuje się do roli?

Zaczynam od poznania tekstu. Najpierw trzeba się nauczyć scenariusza, swojej partii, później to już praca reżyserska, polegająca na uzgodnieniu tego, jak się trzeba poruszać, gdzie się znajdować na scenie, co trzeba zrobić, w jaki sposób. Jest to często punkt zapalny, a ja jako aktor muszę mieć własną koncepcję i wykonać dobrze pracę. Jeżeli gram główną postać Alfreda w „Pierwszej lepszej” Fredry, to muszę poznać kontekst historyczny, jak się poruszano w tamtym czasie, jaki był kostium. Założenie kostiumu sprawia, że człowiek zupełnie inaczej się porusza.

Gra Pan w musicalach, kabaretach, spektaklu kukiełkowym dla dzieci. Która rola jest Panu najbliższa?

Najbliższa jest mi postać ojca, którą grałem w spektaklu dyplomowym, kiedy kończyłem szkołę. Była to sztuka „Krwawe gody” Garcii Lorki. Ta postać dużo kosztowała mnie jako młodego aktora, zwłaszcza że nie mam warunków fizycznych, postury pasującej do odegrania roli ojca. Jestem raczej niski, a scena nie lubi niskich osób. Reżyser Adam Nalepa wykazał się wielką troską i zaufaniem do nas wszystkich, czyli moich kolegów, którzy razem ze mną kończyli szkołę tym spektaklem i obsadził nas tak, że każdy mógł się pokazać z jak najlepszej strony i przedstawić cały wachlarz możliwości aktorskich i pozaktorskich.

Jak wspomina Pan pracę z Adamem Nalepą?

Jest to uznany reżyser w Polsce, który dla młodego aktora może być wzorem pracy reżyserskiej. W trakcie przygotowań do premiery byliśmy pełni obaw, że tak znany reżyser będzie współpracował z takimi młodziakami. Ale ten nasz strach szybko znikł dzięki jego przyjacielskiej postawie. Na pierwszych spotkaniach przeszliśmy na „ty”, atmosfera zrobiła się luźniejsza i mogliśmy spokojnie zabrać się za działania sceniczne. Warsztatowo wykrzesał z nas naprawdę bardzo dużo.

Skończył Pan Państwowe Policealne Studium Wokalno-Aktorskie im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Jak się zaczęła ta przygoda z teatrem?

To był przypadek. Dostałem się na inne studia, ale przyjaciel mi uświadomił, że nie usiedzę ani dnia w ławce na uniwersytecie. Podpowiedział, żebym złożył papiery na kierunek muzyczny. To był sierpień, w większości rekrutacje były zakończone, ale przeszukując internet, natrafiłem na ogłoszenie, że jest dodatkowy nabór na studium w Gdyni, tylko dla facetów. Miałem tydzień na przygotowania. Nauczyłem się tekstów: proza, wiersz, piosenka. Doświadczenie taneczne miałem, więc o to się nie martwiłem. Przechodząc kolejne etapy rekrutacji egzaminów wstępnych, byłem coraz bardziej zdziwiony swoim powodzenie. I tak się udało (śmiech).

Jakie role chciałby Pan jeszcze zagrać?

Na pewno takie, które będą wpływały na mój rozwój i życie. Chcę dawać radość widzowi.

Czy poza teatrem ma Pan czas na jakieś inne zainteresowania?

Tak, uwielbiam gotować. Odkryłem właśnie swoje powołanie do garnków i kuchenki. Lubię eksperymentować, odkrywać nowe smaki. Lubię też sprzątać. Śmieję się, że jestem takim kurem domowym, bo obowiązki domowe sprawiają mi przyjemność.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.