Tradycje przekazujemy, ale też tworzymy

Muzyka ludowa daje wiele miejsca na improwizacje. Może dlatego tak często z niej czerpię – mówi Katarzyna Żemojcin, skrzypaczka i animatorka kultury.

Lubię poznawać tradycje innych kultur, bo to pozwala mi bardziej cenić moją własną, szukać analogii w moim regionie
| Fot. Marian Paluszkiewicz

W listopadzie miał premierę teledysk do utwory Władysława Syrokomli „Kruk”, który Pani współtworzyła. Skąd pomysł na wykorzystanie właśnie tej piosenki?

Pomysł wyszedł od Muzeum Władysława Syrokomli w Borejkowszczyźnie, gdzie teraz pracuję. Zaproponowała go dyrektor Helena Bakuło. Tekst to utwór Syrokomli, jednak melodia jest typowo ludowa, pochodzi z okolic Sużan. To bardzo ciekawy utwór, chociaż jest smutny i nie mam złudzeń co do tego, że nie zdobędzie on wielkiej popularności. Tekst jest dosyć makabryczny, mówi o tragicznej śmierci, wojnie z perspektywy kobiety, która zawsze w historii była pozostawiana gdzieś na uboczu, chociaż przecież dramaty tego okresu były także jej udziałem. Myślę, że warto podejmować takie tematy, choć oczywiście nie będą one tak łatwo zyskiwać słuchaczy. Ten teledysk powstał w ramach projektu, który złożyłyśmy do Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Wcześniej robiłam podobne aranżacje jako Kaymo Project, ale z własnych środków, w ramach swojego czasu. I muszę przyznać, że takie działanie w ramach projektu ma swoje dobre strony nie tylko ze względu na dodatkowe środki, lecz także dlatego, że po prostu mobilizuje do szybszej pracy. Jest termin, w którym trzeba się wywiązać, i nie ma innej możliwości. Do współpracy udało się zaangażować osoby, które naprawdę podchodzą z pasją do muzyki, szczerze poświęciły swój czas i siły w realizacji pomysłów, każdy dodał coś wyjątkowego od siebie, jak: Barbara Kuziniewicz-Aliaševičienė, Patrycja Surwiło, Andrzej Stankiewicz, Katarzyna Parszuta z córeczką Kamilą, Justyna Stankiewicz i Evaldas Visockas. W nagraniach wzięli muzycy także z Polski. Współpracowaliśmy z: Robertem Kosińskim, aranżerem i producentem piosenki „Kruk”, Piotrem Dziadkowcem, Bartłomiejem Szatkowskim, Kamilem Wójcikiem.

Czytaj więcej: Żyjemy na pograniczu różnych kultur, które nas ubogacają

Zdjęcie z teledysku do piosenki „Kruk”
| Fot.mat.pras.

Czy na Wileńszczyźnie wiele jest jeszcze utworów, które warto w ten sposób włączyć w naszą współczesną kulturę?

Na pewno tak. Oczywiście wiele jest takich, które już zostały spisane, w jakiś sposób zachowane. Tych śpiewników nie ma wiele, ale są na pewno wystarczającą podstawą do większych projektów. Etnomuzykolodzy mówią jednak, że nadal warto poszukiwać tych zupełnie nieznanych pieśni, jeżdżąc po wioskach, słuchając starszych ludzi. Wydaje się, że choć już na to bardzo późno, to jednak warto próbować, jeśli możemy w taki sposób ocalić od zapomnienia część lokalnej tradycji.

Tak jak Pani wspomniała, to już kolejny Pani projekt związany z folklorem. Czy z tego rodzajem muzyki wiąże Pani swoją przyszłość?

Tak naprawdę za każdym razem, kiedy angażuję się w podobny projekt, którego podstawą są współczesne aranżacje folkloru, myślę, że to ostatni raz, ale chyba jednak to ze mną zostanie. To już rzeczywiście długi okres, bo zaczął się od zespołu Stara Nova, potem był Kaymo Project i wiele innych mniejszych inicjatyw. Ostatnio brałam udział w warsztatach muzyki etno „Pokrovskije kolokola” i jestem pod ogromnym wrażeniem tego, czego się nauczyłam. Kończyłam studia na kierunku muzyki jazzowej, która wbrew pozorom ma wiele wspólnego z folklorem. W muzyce ludowej też jest wiele miejsca na improwizacje, tu można bardzo wiele dać od siebie. Z muzyką ludową zetknęłam się dosyć późno, i to przez litewskie zespoły. Jeśli jednak chodzi o moją fascynację tematem, najwięcej dała mi atmosfera Muzeum Etnograficznego Wileńszczyzny w Niemenczynie. Pochodzę z Sużan – urodziłam się w Sużanach; gdy miałam 12 lat, moja rodzina, wtedy mieszkająca w Butrymańcach, przeprowadziła się do Niemenczyna, gdzie mieszkam do dziś – a więc naturalnie byłam w oddziaływaniu tego miejsca, w którym wiele się dzieje i panuje jakiś szacunek dla tradycji, nawet jeśli wyraża się to w małych rzeczach. Tworzę przede wszystkim nowoczesne aranżacje ludowych utworów, ale one nie wyczerpują tematu. Mamy na Wileńszczyźnie dużo zespołów folklorystycznych, ale niewiele z nich ma naprawdę własny repertuar. Mi bardzo brakuje zespołów etnograficznych. Mamy kilka: Łałymka w Białej Wace, Cicha Nowinka w Ciechanowiszkach, ale tego jest mało. Chodzi mi o takie zespoły, które śpiewałyby folklor nie w artystycznych aranżacjach, ale tak jak śpiewano na wioskach. Najczęściej był to śpiew bez akompaniamentu, mniej efektowny, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie chodzi o występy na koncertach, ale o tradycję wspólnego śpiewu. Może właśnie dlatego jest to trudne do zrealizowania – trudno się tu wykazać, a pracy potrzeba bardzo dużo. No i chyba trzeba czuć związek ze wsią. Teraz taką prawdziwą wieś jest coraz trudniej odnaleźć. Pamiętam obrazy ze swojego dzieciństwa, ale teraz są one coraz rzadsze.

Czytaj więcej: Koncert na 103-lecie odzyskania Niepodległości Polski

Katarzyna Żejmocin: Bardzo się cieszę, że w tym roku biorę ponownie udział w koncercie „Narodzony na sianie”
| Fot. Marian Dźwinel

Zbliżają się święta. Kolędy to ważna część naszej tradycji. Czy Wileńszczyzna ma jakieś własne kolędy lub pastorałki?

Pytałam o to pani dr Ireny Rokickiej, etnomuzykolog, i otrzymałam odpowiedź, że na Wileńszczyźnie ludowych pastorałek raczej nie było albo nie zostały przekazane. Kolędy śpiewano ze śpiewników kościelnych i były one takie same jak w innych częściach Polski. Jest natomiast bogata tradycja tego rodzaju pieśni w języku litewskim, zarówno adwentowych, jak i bożonarodzeniowych. Jeśli chodzi o tradycje związane z Wigilią czy okresem Bożego Narodzenia, często mają one bardzo lokalny charakter. W Niemenczynie taką tradycją kulinarną są np. „pierożki”, ale już w Rukojniach mówi się na nie „uszka”. Wbrew pozorom tradycja to także coś bardzo żywego, co po prostu się zmienia, przechodzi czasem przechodzi z innych krajów czy kultur. Choinka nie jest przecież do końca nasza, przejęliśmy ją z Niemiec. Naszym zwyczajem było ozdabianie domu podłaźniczkami czy pająkami. Jeszcze do niedawana niewiele mówiła nam jemioła, a teraz jest już w szerokich kręgach kojarzona z symboliką świąt Bożego Narodzenia. Nie jest to więc coś skończonego, do czego nie możemy nic dołożyć. Lubię poznawać tradycje innych kultur, bo to pozwala mi bardziej cenić moją własną, poszukiwać analogii w moim regionie, zwracać uwagę na wcześniej niezauważone rzeczy.

Na pewno takim sposobem na rozbudowywanie lokalnych tradycji jest własna twórczość. W ubiegłym roku napisała Pani muzykę i słowa do swojej pierwszej kolędy…

Tak. To było w czasie kwarantanny, który był dla wszystkich trudny, zarówno do tworzenia i pracy, jak i po prostu do życia. Pracowałam wtedy w Solecznikach i nagraliśmy nową kolędę „Grudniowy wieczór” razem z zespołem Art Of Music. Pracowaliśmy nad nią w trudnych warunkach, na odległość. Nagranie było zrobione beze mnie – ja nagrywałam swoją część w Niemenczynie i byłam nawet zdumiona, jak dobrze została zrealizowana całość. Na pewno w tym roku też posłucham tego utworu. Bardzo się cieszę, że w tym roku biorę ponownie udział w koncercie „Narodzony na sianie”. To bardzo dobry projekt, pod każdym względem. Ma ogromną wartość, bo my, muzycy z Wileńszczyzny mamy okazję się spotkać wokół tradycyjnych utworów, ale zaaranżowanych na nowo, w bardzo profesjonalny sposób. T ogromna zasługa Rafała Jackiewicza, który jest świetnym muzykiem, świetnie sobie radzi w Polsce, ale nie zapomina, że pochodzi z Wileńszczyzny i wiele robi dla naszej polskiej kultury muzycznej tutaj. Cenię możliwość występowania z takimi muzykami i myślę, że wiele dajemy zarówno słuchaczom, jak i sobie nawzajem.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 51(147)18/12/2021-07/012/2022