Każdy ma rytuały, które zapewniają mu stabilizację w tym czasie

Rozmowa z Wojciechem Jankowskim, redaktorem naczelnym „Kuriera Galicyjskiego”. Niedziela, 27 lutego, czwarty dzień rosyjskiej agresji na Ukrainę.

Wojciech Jankowski
| Fot. FB

Jesteś Polakiem z Warszawy. Nie wyjechałeś ze Lwowa po rozpoczęciu wojny. Dlaczego?

Dziś jestem we Lwowie, ale w czwartek muszę być w Warszawie, zakładam jednak, że wrócę. Biorę ze sobą dwie torby „Kuriera Galicyjskiego” dla naszych prenumeratorów w Polsce. Kiedy od razu po rozpoczęciu wojny zadzwonił do mnie kolega z Kijowa i zapytał, czy konsulat organizuje jakiś wyjazd polskich obywateli, powiedziałem, że jesteśmy od informowania, a nie od wyjeżdżania. Jednak jest różnica między Kijowem a Lwowem. Koledzy z Kijowa wyjechali i rozumiem ich decyzje, zwłaszcza że mają rodziny. Dlatego ktoś powinien być na miejscu. Nie jest zresztą powiedziane, że Rosjanie tutaj dotrą.

Powiedziałeś, że zabierasz ze sobą gazety. Czy wydaliście numer już po rosyjskim ataku na Ukrainę?

Tak. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłem, był telefon do drukarni z pytaniem, czy pracują. Powiedzieli, że tak. Mam więc nadzieję, że w poniedziałek [28 lutego] uda nam się wydać kolejny numer, w którym będzie sporo wojennej tematyki, ale też takie zwykłe, historyczno-kulturalne teksty, które mieliśmy wcześniej. Zastanawiałem się, czy nie zmniejszyć nakładu, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na zwykły druk. Mam nadzieję, że dotrze on do prenumeratorów, choć oczywiście teraz z godziny na godzinę trudno przewidzieć sytuację. Nasza praca jako dziennikarzy w pierwszych dniach wojny polegała raczej na korespondencjach, cały czas do nas dzwoniono.

W 2015 r. byłeś w Wilnie w czasie prezentacji „Ukraina. Rewolucja godności. Majdan w obiektywach polskich dziennikarzy”. Wzbudziła ona wiele emocji, widać było, że w wielu momentach Polacy z Wileńszczyzny nie rozumieją i nie zgadzają się z Polakami z Ukrainy. Spodziewałeś się takiego odbioru?

Czytaj więcej: Litewscy Polacy solidaryzują się z Ukrainą

Powiedzmy, że nie byłem bardzo zaskoczony. Miałem pewne pojęcie o Wileńszczyźnie, wiedziałem, że część Polaków z Litwy ogląda rosyjską telewizję i po prostu wierzy propagandzie. Byłem więc przygotowany na niezrozumienie….

Gdzieś na marginesie tej dyskusji, w komentarzach pod tekstami i rozmowach pojawiała wtedy historia zbrodni wołyńskiej. Jak udało się doprowadzić do tego, że nie jest to temat, który paraliżuje relacje polskiej mniejszości z ukraińskim państwem? Od początku wydarzeń na Majdanie Polacy na Ukrainie jednoznacznie opowiedzieli się przecież po stronie niezależnej Ukrainy.

Wydaje mi się, że jest taki mechanizm, że osoby, które znajdują się na miejscu, szybciej leczą rany historyczne. Po prostu muszą obok siebie żyć, patrzą na siebie co dzień, jakoś trzeba to ułożyć. Tego rodzaju wspomnienia konserwowane są natomiast na emigracji, poza miejscem wydarzeń. Tu, na Ukrainie, trzeba sobie poradzić z nawet największymi traumami historycznymi. Nasi sąsiedzi to przecież inni ludzie. Nawet jeśli nie zgadzamy się z historyczną narracją, możemy o tym rozmawiać, ale to sprawy, które schodzą na dalszy plan wobec tak wielkiego zagrożenia, z jakim Ukraina styka się już od 8 lat.

Lwów stał się teraz miastem na trasie na Zachód, gdzie ściąga bardzo wielu uchodźców…

Tak. Najbardziej widać to na dworcu, gdzie tłumy próbują się dostać do pociągu Lwów–Przemyśl, który do niedawna nie cieszył się dużą popularnością. Jest też wielu przybyszów ze wschodu Ukrainy, nie wszyscy chcą jechać dalej. Niedaleko naszej kamienicy złapano wczoraj dywersanta, co oczywiście obniża stopień zaufania do obcych, ale na razie nie ma większych napięć, ludzie starają się sobie pomagać.

Lwów nie był jeszcze ostrzeliwany, ale często słychać syreny. Jak w takich sytuacjach udaje ci się zachować spokój?

Dziś mam po raz pierwszy od kilku dni poczucie bezpieczeństwa. To była pierwsza noc, gdy nie obudziły mnie syreny czy telefon, ale budzik. Ale każdy ma takie własne rytuały, które zapewniają mu stabilizację. Kiedy się obudziłem, zobaczyłem, że sklep naprzeciwko jest zamknięty. Zupełnie mnie to wybiło. Był otwarty, zawsze, nawet w szczycie pandemii. Jeśli zamknęli, znaczy jest bardzo źle. Za półgodziny czy godzinę zobaczyłem jednak, że otwierają. A więc jest jak zawsze, nic strasznego się nie dzieje… To takie małe rzeczy, ale mają bardzo duży wpływ na przeżywanie sytuacji.

Czytaj więcej: Polsko-litewsko-ukraińskie spotkanie. Čmilytė-Nielsen: „Codziennie rozmawiamy z Ukrainą”


Wywiad będzie opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 9(27) 05-11/03/2022