Producenci i reżyserzy od lat zabiegali o prawa do jej ekranizacji. Márquez aż do końca życia odmawiał. Sytuacja zmieniła się dopiero po jego śmierci. Ostatecznie jego potomkowie sprzedali prawa gigantowi streamingu. Podobno za bardzo dużą sumę. Warunek był jeden: adaptacja miała być maksymalnie zbliżona do literackiego pierwowzoru.
Niestety, serial okazał się niewypałem. Odradzam jego oglądanie wszystkim, którzy nie czytali książki, ponieważ może ich zniechęcić do sięgnięcia po oryginał. Serial został niemal całkowicie odarty z magii, którą przesiąknięta jest powieść.
Pisząc o ekranizacji „Stu lat samotności”, od razu pomyślałem o Tadeuszu Konwickim. Zresztą koniec lata do tego wręcz zachęca. Konwicki był nie tylko wybitnym pisarzem, lecz także reżyserem filmowym. Jego debiutem kinowym był „Ostatni dzień lata”. W swoim dorobku miał zaledwie sześć filmów. Dwa ostatnie były ekranizacjami dzieł dwóch gigantów polskiej literatury: „Doliny Issy” Czesława Miłosza oraz „Dziadów” Adama Mickiewicza. Konwicki nie trzymał się kurczowo tekstu. Dzieła dwóch tytanów polskiej literatury przepuścił przez filtr własnych doświadczeń, wrażliwości i wyobraźni. W efekcie powstały dwa wybitne filmy, dziś należące do klasyki polskiej kinematografii.
Na tym właśnie polega problem z adaptacją literatury na potrzeby filmu. Nie każda próba się udaje. Więcej jest tych nieudanych niż udanych. Sądzę jednak, że sukces dobrej adaptacji zależy od jednej podstawowej zasady, której trzymał się Konwicki: do tekstu nie wolno podchodzić na kolanach. Reżyser musi mieć odwagę odejść od literackiego pierwowzoru, jeśli chce stworzyć coś interesującego dla innych. Twórcy „Stu lat samotności”, niestety, tworzyli w pozycji klęczącej. Dlatego zamiast adaptacji otrzymaliśmy ilustrację.
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 34 (98) 29/08-04/09/2026

