Tadeusz Konwicki lata młodzieńcze spędził na Wileńszczyźnie. Jego dzieciństwo to Kolonia Wileńska – tu przyszedł na świat 22 czerwca 1926 r. Lata szkolne spędził w Wilnie, od 1938 r. uczył się w Gimnazjum im. Zygmunta Augusta. W 1944 r. zdał konspiracyjną maturę i podjął pracę, pracując jako robotnik kolejowy i pomocnik elektryka w szpitalu w Nowej Wilejce.
Po wybuchu II wojny światowej wszedł w szeregi podziemia niepodległościowego, biorąc udział w akcjach VIII Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej (m.in. w akcji „Burza”). Walczył również w partyzantce antybolszewickiej, czemu dał upust w powieści „Rojsty”.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej i ustaleniu nowych granic Polski pisarz, podobnie jak tysiące innych Polaków z Wileńszczyzny, został zmuszony do wyboru: przyjęcie obywatelstwa sowieckiego lub wyjazd na tzw. Ziemie Odzyskane w głąb powojennej Polski. W 1945 r. transportem repatriacyjnym opuścił Wileńszczyznę. Początkowo osiadł na krótko w Gliwicach, potem wyjechał do Krakowa, aby studiować polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ostatecznie przeniósł się do Warszawy, z którą związał całe swoje dorosłe życie.
Życie Tadeusza Konwickiego było swoistym tranzytem – z Wilna do Warszawy – i obejmowało niemal cały dramatyczny i skomplikowany wiek XX: z jego historią, pęknięciami, złudzeniami i rozczarowaniami.
To burzliwe życie zainteresowało Lidię Sadkowską-Mokkas, czego efektem stała się powieść biograficzna „Konwicki. Cudzoziemiec tranzytowy”. To książka niezwykle „mięsista”, obfitująca w fakty, wydarzenia i konkretne, prawdziwe historie. Utkana jest z rozmów, dokumentów, wspomnień oraz spotkań Konwickiego z autorami słynnych wywiadów rzek, jak Stanisław Bereś czy Katarzyna Bielas i Jacek Szczerba. Dzięki temu wyłania się z niej portret Konwickiego zmieniającego się pod wpływem życiowych doświadczeń – nie tylko jako literata, lecz także reżysera. A przede wszystkim jako człowieka z krwi i kości.
Dla autorki był on człowiekiem wyjątkowego formatu intelektualnego. Jak wspominała w wywiadzie dla Programu Drugiego Polskiego Radia, praca nad książką stała się dla niej szczególnym wyzwaniem, próbą zmierzenia się z fenomenem i wyjątkowym zjawiskiem, jakim był Konwicki.
A jakim człowiekiem był Tadeusz Konwicki?
Był nade wszystko człowiekiem skromnym. Nie lubił celebry, nie odgrywał wielkiego pisarza czy bohatera partyzanckich zrywów. Miał ogromny dystans do siebie i znakomite poczucie humoru. Pozostawił po sobie wiele zapamiętanych cytatów i powiedzeń, którymi, z właściwym sobie intelektualnym wyrafinowaniem, puentował rozmaite sytuacje życiowe. Bywał też często przyłapywany na różnych niekonsekwencjach, które dodawały mu ludzkiego wymiaru.
Nie czytał swoich książek, nie lubił oglądać swoich filmów. Nie cierpiał całej tej otoczki wokół nagród, zaszczytów i bycia w centrum uwagi – tego, co często staje się udziałem ludzi publicznych: „Ja w ogóle nigdy nie czytałem po wydaniu swojej książki i nigdy nie widziałem na ekranie kinowym swojego filmu. Ktoś może na to powiedzieć: »No dobrze, ale ja pana widziałem na jakiejś premierze«. Tak, przychodziłem na premiery, grzecznie się kłaniałem i jak tylko gasło światło, uciekałem. To wynika z pewnych moich cech charakteru, z wychowania wileńskiego, w którym asceza, powściągliwość i rodzaj honoru były obowiązujące” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.
Prywatnie był człowiekiem wyciszonym, kameralnym, bardzo uważnie dobierającym ludzi wokół siebie. Nie zadawał się z byle kim. Miał grono bliskich, którym ufał – ludzi, którzy go fascynowali i z którymi dobrze mu się rozmawiało. Cenił inteligentną rozmowę, dwuznaczności i milczenie, które czasem mówi więcej niż słowa.
Osobliwa przyjaźń
Szczególne miejsce w jego domowej codzienności zajmował kot Iwan, który zupełnie przypadkowo pojawił się w warszawskim mieszkaniu pod koniec lat 60., przyniesiony z Podkowy Leśnej przez Maję, córkę Jarosława Iwaszkiewicza.
Kot Iwan przeszedł również do historii – zapisano go w domowych kronikach jako „Iwana Konwickiego z domu Iwaszkiewicz”. Ich relacja miała charakter niemal intelektualnego pojedynku, specyficznej, często złośliwej symbiozy. „Oczy ma Wańka jaskrawo seledynowe, może raczej jak siarka, i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności. Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi tak grube, jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę” – to cytat z „Kalendarza i klepsydry”.
Konwicki traktował kota jak partnera do filozoficznych rozważań i tolerował go jako niezależnego domowego tyrana, obdarzając go niemal ludzką, charyzmatyczną osobowością. W tej relacji było coś z jego własnego świata – pełnego ironii, czułości i dystansu.
I tak Tadeusza Konwickiego wspominają przyjaciele – jako mistrza anegdoty, wytrawnego gawędziarza oraz kluczową postać wpisującą się w kulturalne życie Warszawy. Był obecny nie tylko w literaturze i filmie, lecz także w codziennym pejzażu intelektualnym miasta: przy stolikach kawiarni, w redakcjach, podczas niekończących się rozmów, sporów i spotkań. Warszawa była jego drugim żywiołem, miejscem, które go ukształtowało i które sam współtworzył swoją obecnością. I właśnie o tym warszawskim czasie, o jego ludziach, przyjaźniach, kontaktach i miejscach warto opowiedzieć…

Warszawskie reminiscencje
Urodzony na Wileńszczyźnie pisarz i reżyser przybył do zniszczonej stolicy Polski i z czasem stał się jednym z najbardziej warszawskich autorów XX w. Choć żył i tworzył w powojennej rzeczywistości, pamięcią nieustannie wracał do kresowej mitologii swojej młodości. Motyw utraconej Wileńszczyzny i dzieciństwa na Litwie stanowił fundament jego twórczości. W swoich powieściach prowadził nieustanny ideowy rachunek sumienia z historią, romantycznym dziedzictwem oraz inteligencką bezradnością wobec wyzwań naprawy Rzeczypospolitej.
Warszawa u Konwickiego nigdy nie była tylko tłem. Stawała się żywym bohaterem – pełnym sprzeczności, wad, ale też osobliwej magii.
Symboliczne było już samo miejsce jego zamieszkania: od 1956 r. aż do śmierci mieszkał przy ulicy Górskiego 1, tuż przy Nowym Świecie, w samym centrum miasta. Z okien i balkonu miał widok na Pałac Kultury i Nauki – budynek, który jednocześnie fascynował go i niepokoił.
Ta codzienna obserwacja znalazła odbicie w jego pół autobiograficznych książkach, takich jak „Kalendarz i klepsydra” czy „Nowy Świat i okolice”. Z kolei w najważniejszej powieści, wydanej w drugim obiegu „Małej apokalipsie” (1979), Pałac Kultury urósł do rangi mrocznego symbolu sowieckiej dominacji, totalitarnego zniewolenia i rozpadu PRL-u.
Od połowy lat 50. Konwicki coraz mocniej angażował się także w kino – najpierw jako scenarzysta, później reżyser i kierownik literacki kilku zespołów filmowych. Odwilż 1956 r. otworzyła twórcom nowe możliwości, a Konwicki umiejętnie wykorzystał ten moment, współtworząc polską szkołę filmową.
Jego kino było osobne: poetyckie, melancholijne, pełne pamięci i egzystencjalnego niepokoju. Wśród najważniejszych filmów wymienia się:
• „Ostatni dzień lata” (1958) – reżyserski debiut i kameralne arcydzieło o samotności, zawieszone między spokojem a cieniem nadciągającej wojny.
• „Salto” (1965) – kultowy film, gdzie groteska spotyka się z polską mitologią, a tajemniczy przybysz burzy porządek małego miasteczka.
• „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971) – niezwykłą podróż przez pamięć, wspomnienia i warszawskie pejzaże.
• „Dolinę Issy” (1982) – subtelną ekranizację prozy Czesława Miłosza, pełną litewskiej nostalgii i magii dzieciństwa.
• „Lawę” (1989) – odważną interpretację „Dziadów” Mickiewicza. Sceny były częściowo kręcone w Wilnie, na Cmentarzu na Rossie.
Do tego trzeba dodać „Kronikę wypadków miłosnych” – jedną z najbardziej znanych powieści Konwickiego, później zekranizowaną, której akcja rozgrywa się nad Wilią i Niemnem, wiosną 1939 r. To piękny, nostalgiczny zapis młodzieńczej miłości i świata, który za chwilę unicestwia wojna.
Pisał również scenariusze do filmów innych reżyserów, m.in. do „Matki Joanny od Aniołów” i „Faraona” Jerzego Kawalerowicza czy „Jowity” Janusza Morgensterna.
Filmy Konwickiego zdobywały nagrody na zagranicznych festiwalach i na trwałe weszły do kanonu polskiego kina, tak jak jego książki do kanonu polskiej literatury. A wszystko to wyrastało z dwóch miejsc, które nosił w sobie do końca: Wilna i Warszawy.
Warszawski krąg przyjaźni
We wspomnieniach przyjaciół i współpracowników Tadeusz Konwicki jawi się jako sumienie swojego pokolenia, pisarz, który jak mało kto potrafił diagnozować lęki i absurdy epoki, w której przyszło mu żyć. Dla tych, którzy byli mu bliscy, pozostawał niezrównanym gawędziarzem, melancholikiem i przenikliwym obserwatorem ludzi oraz świata. W kręgu jego znajomych przewijali się twórcy wielkiego formatu – od Witolda Gombrowicza po Woody’ego Allena, ale jedną z najcenniejszych relacji była przyjaźń z Gustawem Holoubkiem. Ich więź, artystyczna i prywatna, obrosła legendą.
Tak jak i miejsce ich codziennych spotkań – słynny stolik w kawiarni „Czytelnika” przy ul. Wiejskiej 12a w Warszawie.
Ten dziś już niemal symboliczny stolik był przez lata centrum życia towarzyskiego i intelektualnego powojennej Warszawy. Założona w 1957 r. przez Marię Iwaszkiewicz kawiarnia szybko stała się nieformalnym salonem literackim. Przy stoliku zasiadali: Konwicki, Holoubek, Andrzej Łapicki, Stanisław Dygat, Leopold Tyrmand czy Irena Szymańska. To było miejsce rozmów, sporów, żartów i azyl od szarej rzeczywistości.
Nie był to jednak stolik dla każdego. Obowiązywała tam niepisana etykieta, a dosiąść mogli się tylko nieliczni, zwykle po wyraźnym zaproszeniu. Wyjątkiem bywał Jan Himilsbach, który bezceremonialnie siadał tam, gdzie chciał, rozbrajając wszystkich swoją osobowością.
Przy stoliku w „Czytelniku”
Holoubek był duszą towarzystwa, opowiadał historie, grał nimi jak rolami i uwielbiał publiczność. Konwicki, nazywający go czule Gucieńkiem, pisał o nim z podziwem: „Był czarodziejem, który nawet czytając książkę telefoniczną, potrafił wywołać dreszcz”.
Po obu zostało wiele anegdot. Jedną z najzabawniejszych przywoływał Janusz Majcherek. W drodze na pogrzeb Tadeusza Łomnickiego Magdalena Zawadzka zapytała męża: „Gucieńku, czy włożyłeś ciepłe kalesony?”. Holoubek po chwili milczenia spojrzał na Konwickiego i z tragiczną powagą rzucił: „I tak oto, Tadziu, na moich oczach umiera mit wielkiego kochanka i artysty…”.
Na tle błyskotliwego Holoubka i żywiołowego Himilsbacha Konwicki był raczej tym, który milczał, słuchał i obserwował. Miał cięty, często gorzki dowcip i potrafił jednym zdaniem uchwycić absurd rzeczywistości.
Kiedy na początku lat 90. stolik stał się publiczną atrakcją, a przechodnie zaczęli zaglądać przez szyby, jego bywalcy przenieśli się gdzie indziej. Z czasem, wraz ze zmianą epoki, miejsce zaczęło tracić dawny blask. Odchodzili też ludzie, którzy tworzyli jego legendę.
Punktem granicznym była śmierć Gustawa Holoubka w 2008 r. Wtedy Konwicki po raz ostatni opuścił „Czytelnika”, mówiąc do barmanki: „Pani Jadziu, to by było na tyle”. I już nigdy tam nie wrócił.
Później swoje spacery po Nowym Świecie kończył często u Bliklego przy kawie i pączku. Bywał tam coraz częściej sam. Jak pisał: „Przeznaczeniem inteligentnego człowieka jest samotność”.
Pod koniec życia coraz bardziej się wycofywał. Nie publikował, nie udzielał wywiadów. Po odejściu przyjaciół samotność stała się jego codziennością. W ostatnich latach opiekowała się nim córka Maria, która wróciła z zagranicy.
Zmarł 7 stycznia 2015 r. w Warszawie, w swoim mieszkaniu przy ulicy Górskiego, otoczony bliskimi. Spoczął na warszawskich Powązkach.
Dziś pamięć o Tadeuszu Konwickim trwa nie tylko w książkach i filmach, lecz także w miejscach, które noszą jego ślady: przy Górskiego 1 w Warszawie, w Kolonii Wileńskiej (obecnie dzielnica Wilna), przy ul. Dolnej (lit. Žemoji) 22, w „Czytelniku”, u Bliklego, w okolicach Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie i na ulicach miasta, które uczynił jednym z bohaterów swojej twórczości.
Bo Warszawa Konwickiego, podobnie jak jego Wilno, wciąż istnieje. Trzeba tylko umieć ją czytać.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 27 (77) 11-17/07/2026




