Od logistyki do alpak. Jola Wołodko i jej niezwykłe ranczo w Dziekaniszkach

Jola swój czas dzieli między pracę w gospodarstwie, podróże i… alpaki. W niewielkich Dziekaniszkach pod Wilnem, liczących zaledwie 20 domostw i ok. 70 mieszkańców, stworzyła miejsce, które przyciąga dzieci, rodziny i mieszczuchów spragnionych kontaktu z naturą.

Czytaj również...

Pomysł na hodowlę alpak był nietypowy – szczególnie na tradycyjnej litewskiej wsi, gdzie bardziej swojskie są krowy, kozy czy kury. A jednak alpaki stały się znakiem rozpoznawczym i sprawiły, że o Dziekaniszkach zaczęło być głośniej. Jola nie tylko hoduje swoje zwierzęta. Organizuje też edukacyjne spotkania, pikniki i sesje fotograficzne, a gościom pokazuje świat alpak z ogromną energią i pasją.

I od lat należy do Klubu Włóczęgów Wileńskich, z którym przemierzyła Litwę i wiele zakątków świata. Dziś tę miłość do podróży dzieli ze swoją drugą połową, Markiem, a od maja 2025 r., także z synem Aronem – najmłodszym członkiem rodziny i, jak wszystko wskazuje, przyszłym podróżnikiem oraz przyjacielem alpak.

Skąd wziął się pomysł na tak niezwykłe gospodarstwo? Jak rodzina i społeczność Dziekaniszek zareagowały na pierwsze alpaki? Co sprawia, że te zwierzęta tak skutecznie przyciągają ludzi? I jak łączyć pracę zawodową, ranczo, podróże i życie rodzinne? O tym rozmawiamy z Jolą Wołodko.

Brenda Mazur: Zacznijmy od pomysłu, który dla wielu osób musiał być dość zaskakujący – alpaki w Dziekaniszkach! Jak realizowałaś ten pomysł?

Jola Wołodko: Alpaki w Dziekaniszkach pojawiły się w 2014 r. A stało się to po tym, jak jeden z kolegów zabrał mnie na taką prywatną wycieczkę do gospodarstwa z alpakami. Pojechałam tam, nie mając pojęcia o tych zwierzętach. Nie wiedziałam, czy to są konie z dużymi uszami, czy to jakieś bardzo sprytne owieczki. Pierwszy raz zobaczyłam alpaki na własne oczy! Gospodarze oprowadzili nas po hodowli, przedstawiając wszystko w różowych kolorach. Ale dla mnie wtedy nie było ważne, czy to prawda, czy nie. Ja po prostu się zauroczyłam alpakami i pokochałam od pierwszego spojrzenia. One potrafią zawojować serca – mają pyszczek, który ciągle się uśmiecha, ogromne oczy i bardzo przyjemny charakter, są całkowicie pozbawione agresji. Są jak dzieci ciekawskie wszystkiego, ale też i troszkę tchórzliwe. Już po chwili obcowania z nimi wiedziałam, że chcę je mieć u siebie. Choć było to trudne, bo wtedy jeszcze mieszkałam w Wilnie, studiowałam, pracowałam, zaczęłam układać sobie życie…

Dziś myślę, że to alpaki za mnie podjęły decyzję o powrocie na wieś, i mogę być im za to tylko wdzięczna, bo tak naprawdę, nie czułam się w mieście na swoim miejscu.

Jak dzieci tu wpadają, to wszędzie jest ich pełno! Interesują się alpakami i innymi naszymi zwierzętami | Fot. archiwum prywatne

Jaka była reakcja rodziny, kiedy dowiedzieli się, że do gospodarstwa dołączą alpaki?

Tego się najbardziej obawiałam, wiedziałam, że przekonanie ich nie będzie łatwe. Mama popatrzyła na mnie jak na zwariowaną, że „dziś mi coś w głowie świeci – jutro zgaśnie”. Liczyła na to, że mi to szybko przejdzie albo w ostateczności jakaś jedna alpaka zawita, a nie całe stado. Ja wychodziłam z siebie, aby ich przekonać, że „to są zwierzęta stadne, nie mogą żyć w pojedynkę, bo taka alpaka umrze w samotności”, że „alpaki mają toaletę w jednym miejscu”, że „rodzą w pierwszej połowie dnia” itp.

Trwało to prawie pół roku, zanim otrzymałam zielone światło – zaczęłam działać bardzo szybko, aby się nikt nie rozmyślił! W ciemny listopadowy wieczór cztery ciężarne alpaki znalazły się przy białoruskiej granicy, w Dziekaniszkach. Przyjechały zwykłym busem z Polski. Umieściliśmy je w starej, przerobionej wcześniej dla nich stodole.

Pamiętam, że rodzina była w szoku! A ja byłam szczęśliwa i marzyłam, że urodzą się młode, będziemy je sprzedawać, będziemy szczęśliwi i bogaci chodzić po łąkach… Taki był mój biznesplan [śmiech].

Farma stała się swoistym fenomenem. Jak wygląda zwykły dzień w gospodarstwie? Ile pracy wymaga opieka nad stadem?

W tej chwili mieszka u nas 18 alpak. I wbrew temu, co może ktoś myśleć, nie wymagają one tyle pracy, jakby się mogło wydawać. Najważniejsze jest doglądanie i obserwowanie. Kiedy koło nich przechodzę, patrzę, jak każda z nich się zachowuje – bo alpaki należą do tych zwierząt, które nie ujawniają chorób, one je maskują, nie chcą jedne przed drugimi wyglądać na słabeuszy. I kiedy ja widzę, że np. alpaka nie je, nie wstaje albo oddala się od stada, to jest sygnał, że coś jest nie tak i trzeba natychmiast reagować.

Znam wszystkie swoje alpaki dokładnie. Przykładowo, mamy taką alpakę, samczyka, o którym mówimy, że jest samcem alfa. Ma na imię Vėjas. I dla nas jest naturalne, że on jest w lekkiej osobności od stada, że chodzi swoimi drogami i psoci albo „pilnuje panienki”, chodząc tam i z powrotem wzdłuż siatki.

Alpaki, samce i samiczki, mieszkają osobno, gdyż są zwierzętami bardzo płodnymi i musimy bardzo uważać, aby nie były razem. Dlatego jeśli chodzi o pracę wokół nich, to mamy ją podwójną: sprzątanie dwóch stodół, zabezpieczenie ich w świeżą wodę, siano i jedzenie. Do tego dochodzi sprzątanie pastwiska. Zasada jest jedna: im mają czyściej, tym mniej chorują.

Dziecko na wsi rozwija się lepiej, gdy otacza je mnóstwo zwierząt | Fot. archiwum prywatne

Czy dużo gości was odwiedza? I co najbardziej ich interesuje – alpaki i kontakt z nimi czy może możliwość odpoczynku na wsi?

Zainteresowanie alpakami jest duże i gości mamy niemało. Bardzo mnie cieszy, że farma stała się takim okolicznym fenomenem, bo smutne jest, że miejscowości rejonu wileńskiego, choć piękne, są ubogie w atrakcje. Często słyszę od przyjeżdżających z miasta, że dużo podróżują po Litwie, w kierunku Kowna, Trok, Oniksztów i innych miejscowości, a w te strony nigdy się nie udawali. A już sama droga zachwyca – to pełnia natury i ciszy.

Prawdę mówiąc, nie myślałam, że to pójdzie w tę stronę, że alpaki będą przyciągać gości. Myślałam, że będę hodować je i sprzedawać. Ale dziś cieszę się bardzo, że to poszło jeszcze w innych kierunkach.

To prawda, że ludzie przyjeżdżają do nas z powodu alpak, ale przyciąga ich również sposób życia na wsi i całe nasze gospodarstwo. Oprócz alpak mamy kury, gęsi, kaczki, króliki, kotka i dwa pieski. Jak dzieci tu wpadają, to wszędzie jest ich pełno! Interesują się nie tylko alpakami, ale i innymi naszymi zwierzętami. Jeden bawi się z królikiem, drugi siedzi w kurniku, gładząc kogucika, dziewczynka patrzy, czy kura zniosła jajko.

Dorośli zaś interesują się rzeczami, które można u nas nabyć. Ktoś kupi nici, inny kołdrę, inny rękawice, skarpetki, a często też produkty, z których cieszy się wieś: jajka, kwiaty, jagody, grzyby, miód u sąsiadów.

Chciałabym tu parę słów powiedzieć o sąsiadach i naszej wiosce. Dziekaniszki, co prawda, są maleńką wioseczką, ale za to bardzo prężną. Nie snujemy się po niej senni i nie ziewamy. Ludzie są bardzo zaradni. Jedni mają plantacje borówki amerykańskiej czy truskawek, ktoś sprzedaje sadzonki, inny drzewka, jedna pani robi sery twarogowe. Ludzie nie siedzą i nie czekają, aż coś samo spadnie z nieba. Czekamy za to na gości.

Gości przyjmujemy zazwyczaj w weekendy od godz. 11 do 16. Przyjeżdżają, ot tak, zwyczajnie, bez wcześniejszych rejestracji, chyba że jest to jakaś zorganizowana wycieczka czy urodziny, chrzciny, pikniki czy jakieś inne święto na łonie natury – wówczas zgłaszają swój przyjazd. Można też zamówić u nas sesje zdjęciowe z alpakami.

Masz szczególny talent do opowiadania o swoich podopiecznych. Czy uważasz, że każda alpaka ma własny charakter i historię? Czy jest jakaś alpaka, do której masz szczególny sentyment?

Alpaki to zwierzęta wyjątkowe – łagodne, urocze i przyjacielskie, tak ogólnie możemy o nich powiedzieć. Gdy się jest z nimi na co dzień, to zauważasz, jak każda z nich jest inna, unikalna, każda ma swój indywidualny charakterek.

Na przykład alpaka Grafinia Mirosława. Była to zwykła, pospolita alpaka, która urodziła się w dniu urodzin mojej ciotki Mirki i po niej otrzymała imię. Gdzieś po dwóch latach, mniej więcej, Mirka zrozumiała, że jest unikalna, niepowtarzalna, numer jeden w tym stadzie pań alpak. Zrobiła się bardzo dumna, zarozumiała i wyniosła i nie mogła już być Mirką. Dostała drugie imię Grafinia, hrabianka. Jest to taka alpaka, której zwykle nie możesz nakarmić marchewką, podchodzi majestatycznie z gracją, pewnego rodzaju łaską. Gdyby była człowiekiem, jadłaby na pewno kawior i popijała szampanem.

Mamy alpakę o imieniu Kopa. Ona też jest niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju, bo jest dwulicowa, przebiegła i chytra. Gdy jestem z nią sama, to potrafi mnie popchnąć i prychnąć. Ale gdy przyjeżdżają goście i przywożą marchewki, to ona jest najmilsza. Podstawia pyszczek do głaskania, a do mnie podchodzi i się łasi. Wtedy jest przytulaskiem [śmiech].

Największy sentyment mam do Zbysi. To jest alpaka z największymi oczami, w których można „utonąć”. Jest bardzo spokojnego charakteru, uosobienie wewnętrznej ciszy i głębi. Może dlatego, że jej droga życiowa nie była lekka. Kiedyś straciła dziecko, potem przy kolejnej ciąży miała poważne problemy poporodowe i myślałam, że z nią koniec. Była potrzebna pomoc weterynarza, a na Litwie z weterynarzem, który leczy alpaki, nie jest łatwo. Na całą Litwę jest tylko jedna pani, i to w Kownie. Czekając na jej przyjazd, przeleżałyśmy ze Zbysią parę godzin w stodole na słomie. Głaskałam ją i pocieszałam w środku nocy, zanim pani doktor do nas dotarła. I może dlatego czuję do Zbysi sentyment i rozumiem ją, jak kobieta kobietę… Byłam bardzo szczęśliwa, gdy po wizycie lekarza Zbysia wstała jak nowo narodzona.

Alpaki to zwierzęta wyjątkowe – łagodne, urocze i przyjacielskie | Fot. archiwum prywatne

Do niedawna jeszcze pracowałaś zawodowo, w logistyce. Do tego praca na farmie, alpaki, ogród, dziecko. Jak udaje Ci się pogodzić te tak różne światy?

To nie jest łatwe do pogodzenia, ale jeśli zapanujesz nad porządkiem dnia i wejdziesz w rutynę, to można wszystko ogarnąć i ze wszystkim zdążyć. Na pewno nie dałabym rady bez pomocy mojej rodziny, bo lwią część pracy wykonuje moja mama, a Marek bierze na siebie wszystkie obowiązki budowniczo-majsterkowe. A bez mamy nie dałoby się funkcjonować – jest taką asekuracją i podporą dla nas. Zajmuje się ogrodem, sadem i szklarnią.

Przez wiele lat miałam jeszcze podstawową pracę związaną z logistyką w międzynarodowej firmie transportowej. Polegała ona na organizowaniu transportu i na rozwiązywaniu wszelkich problemów, jakie mogą zaistnieć podczas transportu. Bardzo lubiłam tę pracę, choć była absorbująca. Moje alpaki pomagały mi, aby się zresetować. Gdy zmęczona wychodziłam do nich, one działały na mnie jak balsam, przy nich mój mózg odpoczywał. W firmie pracowałam od 2008 r. do urodzenia synka w 2025 r., wtedy się skończyła. Trochę mi brakuje tej pracy.

Nie narzekasz na brak zajęć. Czy zdarza Ci się myśleć: po co mi to było?

Nigdy sobie nie zadałam takiego pytania! Czuję się w tym, co robię, szczęśliwa.

„Znam wszystkie swoje alpaki dokładnie” – przyznaje Jola Wołodko | Fot. archiwum prywatne

Jesteś też związana z Klubem Włóczęgów Wileńskich. Skąd wzięła się ta potrzeba podróżowania?

Kiedyś byłam mocniej związana, byłam nawet przez jakiś czas prezeską. Klub dał mi bardzo dużo – poza zwiedzaniem, poznawaniem dał mi serdeczny krąg przyjaciół, których jednoczy wspólny zachwyt na światem. Zwiedziliśmy wiele miejsc. Wspominam dziki wypad z dziewczynami do Włoch południowych, bardzo spontaniczny, bez rezerwacji noclegów, bez planu. Innym wspomnieniem są Tatry, gdzie z plecakami, w grupie 12 osób, spędziliśmy ponad tydzień. Choć to było bardzo forsowne, to wtedy po raz pierwszy poczułam z siebie dumę. Takim wyzwaniem była też Gruzja, kraj kontrastów, gdzie dzika przyroda Kaukazu i nadmorskie klimaty mieszały się z gościnnością tamtejszych ludzi. Spędziliśmy tam miesiąc.

Miło wspominam włóczęgi rowerowe po Bałkanach, to one sprawiły, że pokochałam rower. Od tej wyprawy, co roku w wakacje udajemy się rowerami na jakiś trzy-, czterodniowy rajd po Litwie. To jest wspaniały minirelaks, który resetuje organizm, odświeża umysł. Tak. Włóczędzy rozpalili we mnie pragnienie podróżowania.

Dziś podróżujesz także z Markiem i synkiem Aronem, który urodził się w zeszłym roku i już stał się podróżnikiem!

Aron ma dokładnie rok i cztery miesiące. Od trzeciego miesiąca życia z nami podróżuje. Pierwsza podróż była to trzydniowa wyprawa rowerowa po Litwie. Ale był też już z nami w Szwajcarii, we Francji, w Egipcie i na Łotwie. I chyba będzie z niego prawdziwy podróżnik, bo bardzo dobrze znosi podróże.

Mimo to bardzo się cieszę, że mieszka na wsi. Na takiej wsi. Gdzie jest spokój, cisza, piękna przyroda, wspaniali ludzie. No i co by nie powiedzieć – dziecko na wsi rozwija się lepiej, gdy otacza je mnóstwo zwierząt.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 36 (104) 12-18/09/2026

Afisze

Więcej od autora