Z Podbrzezia w daleki świat. W poszukiwaniu otwartych granic

Jej podróż zaczęła się w Podbrzeziu – niewielkim miasteczku Wileńszczyzny. To tutaj Agata Sadowska ukończyła z wyróżnieniem Szkołę Średnią im. św. Stanisława Kostki i brała udział w olimpiadach języka polskiego. Później studiowała dziennikarstwo i socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie podjęła studia związane z turystyką. Zapytaliśmy Agatę o jej podróżniczą pasję, najważniejsze doświadczenia oraz o tę jedną wyprawę, która pozostanie z nią na zawsze.

Czytaj również...

Brenda Mazur: Zacznijmy od Podbrzezia. Czy pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy poczułaś, że świat jest znacznie większy niż ten, w którym dorastałaś?

Agata Sadowska: Od zawsze wiedziałam, że w którymś momencie życia zostanę podróżniczką i przewodniczką, bo od dziecka słuchałam opowieści mojego taty, który też kiedyś pracował w turystyce i bardzo często opowiadał o różnych przygodach w Europie, o spotkanych ludziach, o różnych kulturach, o specyfice pracy kierowców i przewodników. Już wtedy wydawało mi się, że taka praca, mimo że bardzo wymagająca, jest bardzo atrakcyjna, bo jest po prostu bardzo dynamiczna, a przez to ciekawa.

A mnie do świata ciągnęło. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w swoich przekonaniach, gdy w wieku 12 lat mama zabrała mnie w pierwszą dłuższą podróż, do Francji. To wtedy zobaczyłam, jakie to jest fajne – jeździć sobie z miasta do miasta, tyle widzieć, mieć dostęp do wspaniałych muzeów oraz obserwować, jak żyją ludzie w różnych państwach. Wróciłam oczarowana i odmieniona, chciałam też kiedyś mieć taką wiedzę, jaką miała przewodniczka i nauczyć się francuskiego. Zmotywowało mnie to do częstego czytania książek i nauki języków.

Czy szkoła i nauczyciele mieli wpływ na późniejsze wybory życiowe i zawodowe?

Zdecydowanie tak. Moimi ulubionymi przedmiotami były: historia, geografia, język polski i litewski – lekcje, które bardzo ciekawie prowadzili moi nauczyciele, zachęcając do pozaprogramowego poszerzania horyzontów.

Ogromną rolę w moim dorastaniu odegrało również harcerstwo. Przez kilka lat prowadziłam podbrzeską drużynę harcerek „Czerwone Maki” im. Bohaterów Monte Cassino w Wileńskim Hufcu Maryi. Komendant hufca, ks. harcmistrz Dariusz Stańczyk, bardzo skutecznie zachęcał młodzież nie tylko do dbania o polskość na Litwie, ale też do odkrywania świata, do aktywnych, wręcz sportowych podróży. Bardzo dobrze wspominam szczególnie rajdy rowerowe, spływy kajakowe, obozy w lesie oraz biwaki w wielu miejscowościach w Litwie i Polsce.

Lubiłam też wszelkie konkursy, a najbardziej konkurs recytatorski „Kresy” i olimpiady z literatury i języka polskiego. Dzięki tym konkursom przetarłam sobie też ścieżkę na studia w Warszawie – z tego wyboru bardzo jestem zadowolona.

W peruwiańskich Andach, w średniowiecznym mieście Inków – Machu Picchu | Fot. archiwum prywatne

Studiowałaś dziennikarstwo i socjologię na Uniwersytecie Warszawskim. Co dały Ci te dwa kierunki i czy dziś, podczas podróży, wykorzystujesz wiedzę zdobytą na studiach?

Te studia mi się nigdy nie nudziły, bo był tam ogrom wiedzy – i wiele się działo! Ale przede wszystkim poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, dzięki którym poszerzałam swoje horyzonty, a przyjaźnie trwają do dziś. Uniwersytet Warszawski jest najlepszy również pod względem liczby i różnorodności dostępnych kursów językowych. Bardzo się cieszę, że miałam np. lektorat języka japońskiego – były to jedne z moich ulubionych zajęć, które teraz przydają mi się w życiu. Na pewno ze studiów wykorzystuję sposób, w jaki nauczyłam się gromadzić i filtrować nową wiedzę – to, co i w podróżach jest ważne: myślenie krytyczne, ciekawość i otwartość na inność. To właśnie były tematy przewodnie tych studiów.

Kiedy świat się na chwilę zatrzymał w pandemii, zdecydowałaś się rozpocząć nowy kierunek związany z turystyką.

Turystyka była od zawsze moim pierwszym wyborem, ale gdy aplikowałam na studia, ten kierunek akurat nie był dla mnie dostępny. Dziś jednak absolutnie nie żałuję dziennikarstwa ani socjolingwistyki. Gdy w 2021 r. wszyscy siedzieliśmy w domach z powodu lockdownu, bardzo się cieszyłam, że mam trochę więcej czasu na kolejne studia.

Z grupą w Bryce Canyon w stanie Utah, USA | Fot. archiwum prywatne

Dziś jesteś liderką wypraw w Soliści Adventure Club [z siedzibą we Wrocławiu – przyp. red.]. Jak to się zaczęło i na czym polega twoja praca? Jak wygląda przygotowanie Agaty Sadowskiej do wyprawy?

No właśnie – w pandemii wszyscy mówili, że turystyka się zatrzymała. A ja? Już wtedy miałam za sobą swoje pierwsze „podróże życia”, m.in. do Stanów Zjednoczonych. Latem 2020 r. zamierzałam ponownie tam lecieć, na całe lato do pracy sezonowej, ale odbiłam się od zamkniętych granic. Zaczęłam więc szukać granic otwartych. Takim punktem zwrotnym okazała się Islandia, ale Islandia tania nie jest. Poszukiwałam więc biura organizującego wyprawy w większym gronie. I tak trafiłam na Solistów. Rok później zostałam liderką wypraw, a niedługo potem wyprowadziłam się z Warszawy i zostałam „full time” podróżniczką.

Przygotowanie do wyprawy to przede wszystkim research – trasa, logistyka, lokalne zwyczaje i potencjalne niespodzianki. Trzeba też mieć świadomość, że w podróży nie da się przewidzieć wszystkiego. No i najważniejsze – przygotowanie mentalne. Jako liderka odpowiadam przecież nie tylko za siebie, ale za całą grupę.

Zwiedziłaś ogromną część świata: Europę, obie Ameryki oraz wiele zakątków Azji. Gdzie jest najpiękniej, najciekawiej?

Najpiękniejszą przyrodę zobaczyłam w Stanach Zjednoczonych. Ten kraj jest jednym z najbardziej zróżnicowanych krajów na świecie – od kanionów i trzytysięczników przez pustynie i lasy, aż po ocean. Bardzo piękna jest też Nowa Zelandia – malownicze góry, rzeki, jeziora i lodowce, pejzaże jak namalowane. Tylko pogoda się zmienia co 10 minut. Zresztą, podobnie jest na Islandii – krainie jak nie z naszej planety. Jeśli chcecie poczuć potęgę przyrody, doświadczyć poziomego deszczu, zobaczyć wulkany, pochodzić po lodowcu i posiedzieć w gorącej rzece – Islandia to właściwy kierunek!

Mogłabym przytoczyć jeszcze wiele opisów przyrody z różnych zakątków świata, ale najlepsze, najciekawsze w tym wszystkim to poznawanie ludzi, ich zwyczajów, stylu życia.

Czy zdarzały się sytuacje, w których różnice kulturowe były szczególnie mocno odczuwalne?

Zdecydowanie! I właśnie dlatego tak bardzo lubię podróże, bo czasami coś, co dla nas jest zupełnie oczywiste, gdzie indziej może być postrzegane zupełnie inaczej. Szczególnie mocno odczuwałam to podczas podróży po Azji, gdzie różnice dotyczą nie tylko języka czy kuchni, ale też sposobu komunikacji, podejścia do czasu, przestrzeni osobistej czy relacji między ludźmi. Czasami trzeba po prostu nauczyć się obserwować i nie zakładać, że nasze przyzwyczajenia są jedynym właściwym sposobem funkcjonowania. I właśnie takie sytuacje są świetną lekcją pokory i otwartości.

Przed zjazdem na deskach z Cerro Negro – wulkanu w Nikaragui | Fot. archiwum prywatne

Udajesz się też w samotne podróże. One wymagają szczególnej rozwagi. Jakie zasady bezpieczeństwa stosujesz i co poradziłabyś osobom, które marzą o pierwszej samodzielnej wyprawie?

Przede wszystkim – dobry research, czyli przygotowanie merytoryczne, logistyczne, żeby na miejscu było jak najmniej nieprzyjemnych niespodzianek. A także – odpowiednie pakowanie. Mimo że teraz wszędzie wszystko można kupić, to fajnie, jak się ma swoje sprawdzone buty, a szczególnie zapas przydatnych leków. Trzeba też pamiętać o formalnościach: ubezpieczeniu podróży, wizach etc. No i oczywiście – trzeba zapoznać się ze zwyczajami kraju docelowego, żeby przypadkiem nie popełnić jakiegoś faux pas.

Czy masz swoją „podróż życia”? Czy jest taka wyprawa, wspomnienie, spotkanie albo moment, który pozostanie na zawsze?

Myślę, że można mieć ich nawet kilka! Dla mnie pierwszą taką „podróżą życia” była podróż 12-latki do Francji, wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak ogromny jest świat. Drugą, gdy miałam 19 lat. Był to wyjazd do Stanów Zjednoczonych – pierwszy samodzielnie zaplanowany road trip i jednocześnie mój pierwszy tak długi pobyt poza Europą. Skoczyłam wtedy na głęboką wodę, bo trzeba było radzić sobie samodzielnie i komunikować się wyłącznie po angielsku. To było bardzo rozwijające doświadczenie i chyba wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, że podróżowanie może być nie tylko zwiedzaniem, ale też sprawdzaniem samej siebie.

A z tych niedawnych – zdecydowanie Nowa Zelandia. To był dla mnie trochę symboliczny moment, bo kiedy już dotarłam praktycznie na koniec świata, pomyślałam: „Dobra, chyba czas wrócić do domu”. I chyba właśnie dlatego ta podróż została ze mną na dłużej, nie tylko ze względu na niesamowite krajobrazy, ale też dlatego, że uświadomiła mi, jak długą drogę przeszłam.

I chyba z czasem coraz bardziej dochodzę do wniosku, że „podróż życia” nie musi oznaczać jednej, konkretnej wyprawy. Czasami jest to jeden dzień, jedno miejsce, przypadkowe spotkanie albo nawet zupełnie nieplanowana sytuacja, która zostaje z nami na długo. Najbardziej pamiętam właśnie takie momenty, których nie dało się zaplanować – ludzi, których spotkałam przypadkiem, wspólne rozmowy, sytuacje, które doprowadzały do zadziwień… i do śmiechu.

I chyba właśnie dlatego tak lubię podróże. Nigdy do końca nie wiemy, co z nich przywieziemy.

Podróżnik wraca do domu trochę innym człowiekiem. Czego podróże uczą o ludziach, a czego o samej sobie?

Przede wszystkim dystansu do siebie. Uczą też samodzielności i tego, że nawet w zupełnie nieznanym miejscu można sobie poradzić. A ludzie? Mówimy tylko różnymi językami, a tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni. Wszyscy chcą bliskości, czuć się bezpiecznie, śmiać się, dobrze zjeść. Podróże pokazują, że mimo ogromnych różnic kulturowych, w gruncie rzeczy mamy ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać.

Co dzięki podróżom zmieniło się w twoim spojrzeniu na Litwę?

Teraz mogę jeszcze z większą dumą mówić, skąd jestem, jak na Litwie jest pięknie, jak ludzie dbają tu o przyrodę, jacy są pracowici i jak rozwijają swój kraj. Podróże nauczyły mnie też bardziej doceniać rzeczy, które wcześniej wydawały mi się oczywiste: nasze lasy, jeziora, czystość, spokój i to, jak blisko natury można tu żyć. Kiedy zobaczy się kawał świata, zaczyna się też zauważać, że Litwa naprawdę ma bardzo dużo do zaoferowania, tylko czasami trzeba na chwilę wyjechać, żeby to dostrzec.

Co powiedziałabyś młodej dziewczynie z Podbrzezia, która marzy dziś o tym, by pewnego dnia zobaczyć świat?

Mamy to szczęście, że przed nami, dziewczynami z tej części świata, świat stoi otworem – zatem trzeba się tylko odważyć i sięgnąć po marzenia, ale też włożyć trochę pracy. Próbować różnych rzeczy, szukać autorytetów oraz inspirować się nimi, zaczynać od małych osiągnięć, które na pewno wcześniej czy później dadzą owoce. A także – nie bać się, że czasami coś nie wypali – to też jest częścią przygody.

Świat jest taki szeroki, taki interesujący, że nie sposób odkryć wszystkiego w ciągu jednego życia | Fot. archiwum prywatne

Jakie marzenia podróżnicze ma jeszcze Agata Sadowska? Czy po przemierzeniu tylu zakątków świata jest jeszcze jakaś wyprawa, na myśl o której serce bije szybciej?

Jeszcze tyle miejsc chciałabym zobaczyć, świat jest przecież taki szeroki, taki interesujący, że nie sposób odkryć wszystkiego w ciągu jednego życia. Aktualnie na topie mojej listy znajdują się Alaska i kanadyjskie parki narodowe, może: Namibia, RPA i Chiny. Na razie ponownie zakorzeniłam się w Wilnie i bardzo dobrze mi z tym. Marzenia spokojnie mogą jeszcze poczekać – jestem pewna, że prędzej czy później spakuję plecak i wyruszę po kolejne przygody.


Dziś Agata Sadowska realizuje swoje podróżnicze pasje również jako liderka wypraw w Soliści Adventure Club – „Podróże poza utartym szlakiem”, organizatorze turystyki z siedzibą we Wrocławiu, liderze segmentu adventure. Agata zwiedziła znaczną część Europy, obie Ameryki i kawałek Azji. Każdą wyprawę starannie przygotowuje, dbając zarówno o ciekawe doświadczenia, jak i bezpieczeństwo uczestników.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 35 (101) 05-11/09/2026

Afisze

Więcej od autora