Wiersz jest moim orężem – zapewnia aktor monodramu „Pan Tadeusz”

Mateusz Nowak – aktor monodramista, instruktor teatralny i animator kultury – od 15 lat mierzy się z formą, którą niewielu odważa się uprawiać: teatrem jednego aktora. Artysta gościł w Wilnie, gdzie prowadził dla aktorów Polskiego Teatru „Studio” warsztaty z techniki mówienia i interpretacji tekstu literackiego. W rozmowie z „Kurierem Wileńskim” opowiedział o pracy nad żywym słowem, o swoich zmaganiach z Mickiewiczem i o tym, dlaczego wybiera stare teksty.

Czytaj również...

Ilona Lewandowska: Zanim porozmawiamy o „Panu Tadeuszu”, chciałam dowiedzieć się, jak wyglądało przygotowanie programu warsztatów w Wilnie? Wiedział Pan, że trafi na tak zróżnicowaną grupę?

Mateusz Nowak: Warsztaty z szeroko rozumianej techniki mówienia, wyrazistości mowy scenicznej i głosowej interpretacji tekstu literackiego prowadzę od wielu lat. Pracowałem z bardzo różnymi grupami – jeśli chodzi o wiek, o poziom doświadczenia, o punkt startu. Jestem więc przygotowany na to, żeby dostosować materiał, ćwiczenia i teksty do potrzeb konkretnej grupy. Wiedziałem od dyrektora teatru, pana Edwarda Kiejzika, jakie są potrzeby i pewne wątpliwości uczestników w zakresie interpretacji głosowej i techniki mówienia. Okazało się, że oni sami doskonale znali swoje potrzeby, więc bardzo łatwo weszliśmy w tę pracę.

Od czego Pan zaczyna taką pracę?

Są materiały, które funkcjonują w tej dziedzinie od lat i są niezawodne. Takie jak słynny język tancerza: „ten język, o, bez pamięci się wydłuża, kurczy i kręci” itd. W tym pozornie zabawnym wierszyku tkwi mnóstwo problemów, przy których trzeba się zatrzymać, przepracować je i wyjaśnić. Zależało mi na początku na uspójnieniu naszego poziomu wiedzy, na przekazaniu czegoś w rodzaju elementarza – żebyśmy dokładnie wiedzieli, co jest czym. Bo dziś każdy jest fachowcem od wszystkiego, a w obszarze sztuki wymowy prowadzi to do nieporozumień: ktoś nazywa coś, czym to coś w ogóle nie jest. Bardzo ważne jest uporządkowanie i usystematyzowanie tej wiedzy.

Udało nam się ustalić, że w zakresie techniki mówienia mówimy o czterech głównych elementach: oddechu, emisji głosu, artykulacji i dykcji. Każdy z nich ma swoje podelementy, na które trzeba zwracać szczególną uwagę. I okazało się to bliskie wszystkim – zarówno młodszym aktorom teatru, jak i starszym, bardziej doświadczonym. Wszyscy potrafiliśmy się w tym zorientować i nazwać rzeczy po imieniu.

A strona interpretacyjna, mniej techniczna?

Tutaj pracuję w oparciu o trzy pytania. Mając do dyspozycji tekst literacki, trzeba solidnie odpowiedzieć na pytania: co mam do powiedzenia, po co i jak mam to zrobić. Uważam, że to jest słuszna kolejność – pozwala wypracować efekt najbliższy publiczności.

„Co” – to znaczy: czy mówię wiersz, czy prozę, czy opisuję jakąś sytuację, przeżycia wewnętrzne, czy to monolog. Tu bardziej analizujemy to, co napisał autor. „Po co” – to już odnosi się do mnie samego. Bo mógłbym przecież wziąć wiersz i przeczytać go sobie w domu, przy lampce, w łóżku, nie wychodząc z mieszkania. Ale kiedy idę do teatru, nie interesuje mnie, co autor miał na myśli – interesuje mnie, co ten żywy człowiek przede mną chce mi przez ten tekst przekazać. To pytanie o motywację wykonawczą i intencję interpretacyjną. Rozmawialiśmy o tym i okazało się, że to gdzieś w każdym pulsuje, tylko trzeba to nazwać i uporządkować.

Pytanie „jak” to już pytanie o formę, o interpretację – tu wchodzą w grę emocje, wyobraźnia, budowanie postaci, kontakt z odbiorcą, a także cała technika: oddech, emisja, artykulacja, dykcja. To bardzo pojemny obszar – dotyczy jednego słowa, ale na różnych wymiarach i poziomach wtajemniczenia. Kto tego chce, zawsze znajdzie tu coś dla siebie.

PanTadeusz-2026-09-19-2-PORTAL
Mateusz Nowak gościł w Wilnie, gdzie prowadził dla aktorów Polskiego Teatru „Studio” warsztaty z techniki mówienia i interpretacji tekstu literackiego | Fot. Małgorzata Wasilewska

Wygląda na to, że wkrótce będzie można zobaczyć to wszystko w praktyce – w Pana monodramie „Pan Tadeusz”, który zagra Pan w Wilnie. Jak wyglądała praca nad tym spektaklem?

To była najtrudniejsza praca ze wszystkich moich monodramów. Ale też najbardziej ukochana i najbardziej ulubiona. Tekst napisany przez Mickiewicza na każdym kroku stawiał mi opór. A ja jeszcze dokładałem sobie trudności, ponieważ byłem przekonany, że wszystko musi iść nie tak, jak mi się wydawało, że powinno – tylko jeszcze inaczej. I jeszcze inaczej. Drugie dno, trzecie dno – zarówno na poziomie interpretacyjnym, jak i wykonawczym.

Cała droga pracy nad tym spektaklem to było jakby zmaganie się z Mickiewiczem. Uznałem, że jestem mu coś winien – nie dlatego, że jestem do tego zmuszony, ale z własnej, nieprzymuszonej woli. Zachowałem żelazne metrum, niczego nie dopisałem, nie unowocześniłem go językowo. Zachowuję metrum, zachowuję rym, zachowuję przerzutnie. I to jest coś, co widzowie – tak mi się wydaje – lubią najbardziej. Spektakl jest już od jakiegoś czasu grany i sprawia mi dziką satysfakcję, kiedy widzowie mówią po przedstawieniu, że w pewnym momencie przestali się orientować, że to jest wiersz, że to staropolszczyzna, że to jest rymowane – że mówienie stało się czymś naturalnym. Wydaje mi się więc, że jakieś zadanie dla Mickiewicza jednak wykonałem.

A jak Mickiewicz zareagowałby na Pana interpretację?

Może by się obraził, a może nie – bo niektórzy mówią, że napisał dokładnie o tym, o czym ja mówię. Interpretacja Zosi, interpretacja Telimeny, interpretacja koncertu Wojskiego – to bywa dla widzów zaskoczeniem, ale potem myślą sobie: „a może Mickiewiczowi właśnie o to chodziło”. Nie wiem, ale myślę, że najciekawsze jest to spotkanie, ta konfrontacja, to zderzenie. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co robię – wiersz jest moim orężem, metrum jest moim orężem, a interpretacja to już kwestia wyboru. Najważniejsze, żeby nie znudzić i wywołać reakcję, choćby widzowie mieli się ze mną nie zgodzić.

Pamiętam pewnego pana, któremu absolutnie nie pasowała moja interpretacja koncertu Jankiela. Zaczęliśmy się kłócić – oczywiście na argumenty – a na koniec podaliśmy sobie ręce. Ale to jest niesamowite, że to działa: XIX-wieczny, wydawałoby się, staroświecki tekst okazuje się żywy i zdolny wzniecić prawdziwą dyskusję.

Skąd w ogóle pomysł, żeby zająć się „Panem Tadeuszem”?

Po 15 latach grania monodramów potrzebowałem tekstu, który pozwoli mi w pełni – albo przynajmniej w miarę pełni – odnieść się do tego, jaki świat jest teraz za oknem, w jakim świecie żyję, jakim ja jestem teraz człowiekiem. Skończyłem 40 lat, więc wypada już trochę zmądrzeć, może nawet dojrzeć – bez przesady. Potrzebowałem tekstu, który pozwoli mi wyrazić to, co teraz czuję na temat świata, siebie w świecie i relacji międzyludzkich. Bo według mnie „Pan Tadeusz” jest w gruncie rzeczy traktatem o relacjach międzyludzkich. Wszystko opiera się na tym, czy ze sobą rozmawiamy, czy wiemy, o czym rozmawiamy, czy się oszukujemy, czy okłamujemy, czy mamy dobre, czy złe intencje.

Moim zdaniem „Pan Tadeusz” jest o prawdziwych relacjach między żywymi ludźmi. W moim spektaklu nie ma patosu, nie ma emfazy, nie ma zachwytów dla zachwytów. Staram się zbliżyć do prawdy o ludziach. Moi bohaterowie nie są ładni, nie są przyjemni, mają wady. Ja też mam wady. Ale dojrzałem do tego, żeby wada nie musiała nas skreślać. Błąd popełniony nie musi być końcem.

I myślę, że o tym właśnie jest dla mnie „Pan Tadeusz” – i na pewno o tym chciałem zrobić spektakl: że jesteśmy tylko ludźmi i nic, co ludzkie, nie jest nam obce. Nie udawajmy herosów, bo udawanie kogoś, kim się nie jest, robi się toksyczne, nieszczere, a czasem kończy się ludzką tragedią. Kiedy w głowie zaczyna coś gnić, gnije dalej, coś się psuje i psuje jeszcze bardziej – to może się skończyć tragedią. A myślę, że jakaś szczerość, otwartość, śmiech z własnych błędów albo wręcz pierwsze przyznanie się do nich – to jest droga do tego, żeby było choć trochę lepiej, żeby móc być razem. Bo tak trudno jest być razem.

PanTadeusz-2026-09-19-3-PORTAL
Pracowałem z bardzo różnymi grupami – jeśli chodzi o wiek, o poziom doświadczenia, o punkt startu | Fot. Małgorzata Wasilewska

Sięga Pan po stary tekst, żeby wyrazić siebie. Czy to świadczy o tym, że stary tekst jest po prostu tak dobry, czy raczej o tym, że współcześnie powstaje mało tekstów niosących taki ciężar?

Myślę, że to jest trochę jak z kolorami – ktoś lubi niebieski, ktoś zielony, ktoś lubi ciepło, a ktoś zimno. Ja lubię stare teksty. Najlepiej się w nich odnajduję, bo uwielbiam przedzierać się przez tę dżunglę. Bo dla mnie to jest właśnie dżungla – trzeba się przez nią przebijać, zmieniać kierunek, raz szybciej, raz wolniej. To nie jest prosta droga.

Czytam bardzo dużo literatury i wcale nie twierdzę, że teksty współczesne są słabsze. Po prostu wolę stare – może dlatego, że mam z nimi większą chemię, choć to zupełnie nie podlega ocenie. Jest mnóstwo wspaniałej współczesnej poezji i prozy, tylko że to głównie poezja i proza kobieca – jeszcze nie natrafiłem na tylu współczesnych poetów, panów, piszących dla panów. To pewnie kwestia moich organicznych preferencji, których nie chcę zmieniać ani udawać, że jest inaczej. Ciągnie mnie w stronę starej literatury. Mój pierwszy monodram powstał na tekstach absolutnie współczesnych, ale kolejne powstawały już na tekstach staropolskich albo stylizowanych na staropolskie – i tak samo w pracy instruktorskiej czy reżyserskiej. Po prostu ktoś to lubi. Nie oceniam tego.

Kiedy biorę na warsztat stary tekst, jestem właściwie podekscytowany tym, że muszę zrozumieć jego składnię, jego leksykę, wyjaśnić sobie słowa, których już nie ma w powszechnym języku, ożywić je, powiedzieć ze sceny tak, żeby widz – który nie ma bladego pojęcia, co to za słowo – zrozumiał je przez emocje, jakie wkładam w interpretację. To wyzwanie, które szalenie lubię, które mnie napędza i daje mi dynamikę sceniczną. Czuję się wtedy nakręcony.

Monodram to trudny gatunek, zwłaszcza dziś, gdy ludziom trudno utrzymać uwagę dłużej niż 20 sekund. Jak Pan, jako jedyny aktor na scenie, utrzymuje widza przez cały spektakl?

To wie mój reżyser, Stanisław Miedziewski – twórca i reżyser czterdziestu kilku monodramów, granych właściwie na całym świecie, które przyniosły grającym w nich aktorom nagrody i międzynarodowe uznanie. To mistrz i miałem zaszczyt zrobić z nim cztery monodramy, współpracować z nim 15 lat. On jest moją szkołą monodramu – wszystko, co wiem o tym gatunku, wiem od niego. Mogę więc tylko powtarzać za nim: „nie graj, tylko bądź”. Mówił mi też: „na scenę się nie wychodzi bezkarnie” i „myśl”. To były oczywiście hasła, ale zawsze stała za nimi praca laboratoryjna, dociekliwa. Mówił, że diabeł tkwi w szczególe, że detal jest wszystkim. Na takich fundamentach budował swoją metodę.

Trudno mi o tym mówić bez emocji, bo bardzo cieszy mnie, kiedy widzowie mówią, że nie mogli oderwać ode mnie oczu ani uszu, że byli skupieni od początku do końca. To dla mnie bardzo ważne. Powtórzę za mistrzami tego gatunku: monodram to rodzaj walki – jakby wchodziło się na ring bokserski, gdzie do stoczenia jest kilka rund, tyle, ile jest scen, żeby tę walkę wygrać. Z jednej strony – aktor czy aktorka, z drugiej – widownia.

Materiał, na którym pracuję, zawsze wybieram sam – i to są wybory, które dojrzewają we mnie wewnętrznie. To znaczy, jeśli nie zrobię monodramu na podstawie danego materiału, to się uduszę, nie wytrzymam. Po prostu nie mieści się we mnie, wylewa się ze mnie, muszę się tym podzielić. Jestem wtedy w służbie autorowi, w służbie inscenizacji i w służbie publiczności. Nie chodzi zupełnie o mnie – wynoszę siebie samego głęboko poza nawias. Robię to dla materiału, dla inscenizacji, czyli dla publiczności.


PanTadeusz-2026-09-19-4-PORTAL
Spektakl do obejrzenia 25 października w Domu Kultury Polskiej w Wilnie | Fot. materiały prasowe

„Pan Tadeusz” w Wilnie

Monodram Mateusza Nowaka na podstawie epopei „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. Twórcy: scenariusz Stanisław Miedziewski i Mateusz Nowak; reżyseria Stanisław Miedziewski; wykonanie Mateusz Nowak; światło Maciej Sierosławski; dźwięk Kamila Bilińska. Produkcja: Słupski Ośrodek Kultury i Teatr Rondo w Słupsku, premiera 26 marca 2025 r., czas trwania 70 minut.

Kiedy: niedziela, 25 października 2026 r., godz. 18.30–19.40 Gdzie: Dom Kultury Polskiej w Wilnie Bilety na: bilietai.lt


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 37 (107) 19-25/09/2026

Afisze

Więcej od autora