Jest autorem m.in. „Martyrologii duchowieństwa archidiecezji wileńskiej” i książki o ratowaniu Żydów przez księży archidiecezji wileńskiej, a jego najnowsza publikacja dotyczy historii Wydziału Teologicznego USB. W rozmowie z „Kurierem Wileńskim” opowiada o swojej wieloletniej pracy badawczej, spotkaniach ze świadkami historii i o tym, dlaczego dzieje wileńskiego Kościoła wciąż kryją wiele nieznanych kart.
Ilona Lewandowska: Już 10 września przyjedzie Ksiądz do Wilna z kolejnymi swoimi książkami. Skąd w ogóle biorą się pomysły na to, żeby wydawać wciąż nowe pozycje? Jak to się dzieje, że ciągle znajduje Ksiądz nowe tematy?
Ks. Tadeusz Krahel: Tematów naprawdę nie brakuje — ważne, żeby były chęci, zdrowie i siła do pracy. A tematów dotyczących historii Kościoła na tych ziemiach jest bardzo dużo, bo to region wyjątkowo bogaty i wyjątkowo dramatyczny zarazem.

Jak długo zajmuje się Ksiądz historią archidiecezji wileńskiej?
Nie ma co się krępować wiekiem — jestem przedwojenny, w przyszłym miesiącu kończę dziewięćdziesiąt lat. Moje zainteresowania historyczne sięgają natomiast czasów studiów, czyli przełomu lat sześćdziesiątych — gdy zaczynałem, mój promotor od razu powiedział mi jasno: temat musi mieć związek z Wilnem. I tak to się zaczęło.
Od tamtej pory właściwie nieprzerwanie zajmuję się sprawami związanymi z archidiecezją wileńską. Najpierw były to schematyzmy diecezjalne, które wykorzystałem jako źródło historyczne w pracy doktorskiej poświęconej dziejom archidiecezji — to one wprowadziły mnie w ten temat na dobre. Później przyszły drobniejsze biogramy, aż wreszcie zaproszenie na sesję naukową na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, poświęconą Kościołowi w czasie drugiej wojny światowej, organizowaną przez księdza profesora Zygmunta Zielińskiego. To właśnie ta sesja sprawiła, że zająłem się losami archidiecezji wileńskiej w latach wojny na poważnie — wygłosiłem wtedy referat, a ksiądz profesor poprosił mnie o jego obszerniejsze opracowanie. Tak powstał tekst, który miał ukazać się w zbiorowym dziele „Życie religijne w Polsce pod okupacją hitlerowską 1939-1945”, gdzie ograniczyłem się do archidiecezji wileńskiej. Pierwszy tom tej publikacji ukazał się w 1980 r., drugi — już z moim tekstem o Wilnie — dopiero w 1992.
Druga wojna światowa stała się dla mnie tematem wiodącym na dłużej. Zaintrygowało mnie to na tyle, że postanowiłem opracować losy całego duchowieństwa z tego okresu, przyglądając się również losom Kościoła w czasie okupacji sowieckiej. Tak powstała „Martyrologia duchowieństwa archidiecezji wileńskiej w czasie drugiej wojny światowej” — książka licząca około czterystu pięćdziesięciu biogramów księży diecezjalnych, zakonnych i sióstr zakonnych. I właśnie w tych biogramach pojawiały się wątki ratowania Żydów. Pomyślałem, że warto zrobić z tego osobne opracowanie.
I tak narodził się pomysł na książkę o ratowaniu Żydów przez duchownych?
Dokładnie tak. Otrzymałem wtedy maila od księdza profesora Zielińskiego, za którego pośrednictwem odezwał się do mnie pan Ryszard Tyndorf z Kanady. Zwrócił mi uwagę, że nie wykorzystuję literatury anglojęzycznej, i od razu przesłał mi kilka relacji żydowskich w tym języku. Zrozumiałem wtedy, że temat trzeba oprzeć na literaturze światowej i w ten sposób zostałem zmotywowany do dalszej pracy. Zajęła mi ona około trzech lat, a książka „Ratowanie Żydów przez księży archidiecezji wileńskiej” ukazała się dwa lata temu.
To temat jednocześnie fascynujący i bardzo trudny, bo splatają się w nim dwie skrajności: z jednej strony zbrodnia, z drugiej — bohaterstwo, w przypadku moich badań księży i wiernych, którzy mimo śmiertelnego zagrożenia dla siebie i swoich rodzin decydowali się ukrywać Żydów.
Ponieważ pracuje Ksiądz tak długo, miał Ksiądz okazję poznać osobiście wielu świadków tamtych wydarzeń. Jak wyglądały te spotkania?
Wywiady zacząłem przeprowadzać od mniej więcej 1977 r., jeszcze w czasie przygotowań do wspomnianego wystąpienia na KUL-u. Wtedy interesowały mnie przede wszystkim ogólne losy księży w czasie wojny, ich niejednokrotnie tragiczne przeżycia. Jeśli chodzi o kwestie ratowania Żydów, to jeszcze nie były one w centrum moich zainteresowań. Ale u wielu rozmówców ten wątek pojawiał się ubocznie, teraz bardzo żałuję, że nie poświęciłem temu więcej uwagi.
Pamiętam księdza Władysława Potockiego, który podczas wojny pracował w Wilejce — z rozmowy z nim wynikło, że przez pewien czas ukrywał żydowskiego chłopca. Podobnie było z księdzem Obrembskim, który opowiadał mi, jak po mszy świętej zobaczył przed kościołem w Turgielach siedzącą całą rodzinę, w której matka była z pochodzenia Żydówką, czekającą na wozie. Powiedzieli, że jadą do Jaszun, bo im kazano. Poradził im wtedy: „Nigdzie nie jedźcie, rozproszcie się po parafii i ukryjcie się — przetrwacie”. I tak zrobili, i przetrwali. Opisałem to dokładnie w książce.
Nie wszystkie wywiady były łatwe do przeprowadzenia. Zdarzało się, że jechałem gdzieś niezapowiedziany i zastawałem księdza kompletnie zaskoczonego moją wizytą. Bywało też, że rozmówcy odmawiali — pamiętam księdza, który miał już ponad sto lat i po prostu powiedział mi: „Nie, nie mam już na to czasu”. To zawsze bolesne, bo z każdym takim rozmówcą odchodzi kawałek żywej pamięci, którego nie da się już niczym zastąpić.
A jaki był Księdza pierwszy pobyt w Wilnie?
Najpierw odwiedziłem Grodno. Jesienią 1970 r. byłem tam jako ksiądz, a także student KUL-u, mieszkając praktycznie u księdza Aronowicza, w bardzo skromnych warunkach, w jego niewielkim pokoju przy kościele bernardynów. To były piękne, choć niełatwe chwile — uczestniczyłem w nabożeństwach w ówczesnej katedrze, którą utrzymywali sami wierni. To były czasy, gdy religia była bardzo ograniczana, nie mogliśmy odprawiać mszy, jednak w Grodnie kiedyś zmuszono mnie niemal, żebym odprawił ją potajemnie. Ludzie mówili: „nie boimy się, sami utrzymujemy kościół, a ksiądz z Polski boi się nam odprawić”. Obiecano zachowanie tajemnicy, ale oczywiście nie do końca się to udało — tylko nikt nie zdradził, jak się nazywałem. Spokojnie wyjechałem, choć podejrzenia padły potem na innego księdza, który miał potem sporo nieprzyjemności, w tym rewizję.
Pierwszy, jeszcze nielegalny mój wyjazd do Wilna, miał miejsce również w 1970 r., podczas pobytu w Grodnie — pojechałem wtedy z księdzem Aronowiczem samochodem do Wilna. Odprawiliśmy mszę w Ostrej Bramie, ksiądz oprowadził mnie trochę po mieście. To był krótki wyjazd, dwa czy trzy dni, ale niezwykle intensywny — wróciłem pociągiem do Grodna, bo wtedy jeszcze nie żądano dowodu przy kupowaniu biletu, można było swobodnie jeździć po całym Związku Sowieckim.
Od tego czasu bywał Ksiądz w Wilnie regularnie?
W 1976 r. miałem okazję być nieco dłużej, dzięki życzliwości bardzo gorliwej katoliczki, pani Stanisławy. Była to Polka, której mąż, Litwin, został zesłany do łagrów — pojechała za nim, choć nie musiała, tam on zmarł, podobnie jak ich córka. Z zesłania powróciła z synkiem i przez resztę życia troszczyła się o kościół. Mieszkałem u niej wielokrotnie, przyjeżdżałem co roku, chodząc na nabożeństwa do kościoła Św. Ducha i do Ostrej Bramy.
Były podczas tych pobytów bardzo ciekawe momenty — jak spontaniczny wyjazd z księdzem Obrembskim do Nowogródka, podczas którego spotkałem księdza Czesława Jankowskiego, wspaniałego człowieka, który przeszedł przez łagry, mieszkał na wsi pod Lidą i spędzał całe dnie w zakrystii, przygotowując dzieci do sakramentów, bo ludzie zjeżdżali się do niego z całej okolicy, mimo że groziły im za to poważne konsekwencje zawodowe. Takie epizody pokazują, w jakim napięciu żyli wówczas ludzie, którzy decydowali się gościć i wspierać duchownych.
Nie zawsze jednak mogłem przyjechać. Po kilku latach przerwy wróciłem do Wilna dopiero w 1989 r. — i miałem to szczęście być przy otwarciu katedry oraz przy przeniesieniu relikwii św. Kazimierza, spędzając wtedy w mieście półtora miesiąca i oczywiście pracując nad historią archidiecezji.
Przejdźmy do Księdza najnowszej książki, poświęconej Wydziałowi Teologicznemu Uniwersytetu Stefana Batorego. Skąd pomysł na to opracowanie?
Ten pomysł narodził się już przy okazji stulecia wskrzeszenia Uniwersytetu Wileńskiego — planowałem wtedy napisać książkę mniej więcej na tę rocznicę. Wyprzedził ją jednak temat ratowania Żydów, który spowodował odłożenie tych planów na później — dlatego dopiero w ubiegłym roku ukazała się ta publikacja.
Moim zamiarem było dać krótki, ale oparty na źródłach zarys dziejów wydziału, sylwetki jego profesorów i wykładowców — od dekretu Józefa Piłsudskiego z 28 sierpnia 1919 r., który powołał do życia Uniwersytet Stefana Batorego, aż do roku 1948, kiedy wydział, przeniesiony po wojnie do Białegostoku, został ostatecznie zamknięty.
Kim byli studenci tego wydziału — tylko przyszłymi księżmi, czy również osobami świeckimi?
Studia były otwarte dla obu grup, choć zdecydowaną większość studentów stanowili klerycy — świeckich bywało czasem zaledwie kilkoro. Dopiero w 1925 r. formalnie ustalono, że klerycy mogą być pełnoprawnymi studentami Wydziału Teologicznego, co było korzystne dla obu stron: uniwersytet zyskiwał studentów, a seminarium — możliwość kształcenia kleryków na uczelnianym poziomie akademickim.
Kandydaci przyjeżdżali z całej Polski — z poznańskiego, z kieleckiego, z wielu innych regionów — bo wydział miał zapewniać kadry duszpasterskie dla ogromnej, liczącej kilkaset parafii archidiecezji. Był wielki plus tego rozwiązania: podnosiło ono poziom intelektualny duchowieństwa, bo w porównaniu z krótszymi, czteroletnimi studiami z czasów zaborów, program wydziału trwał sześć lat — dwa lata filozofii i cztery teologii.
Wydział przez cały okres swojego istnienia zmagał się jednak z poważnymi trudnościami. Bywały momenty, gdy planowano go zlikwidować i połączyć z inną uczelnią. Największym zagrożeniem okazała się reforma ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego Janusza Jędrzejewicza, która wprowadziła bardzo wysokie opłaty za studia. Ponieważ klerycy wywodzili się w większości z niezamożnych rodzin rolniczych, wielu z nich nie było stać na czesne. Ratowano sytuację na różne sposoby: dzielono stypendia na mniejsze części, żeby starczyło dla większej liczby studentów, profesorowie sami się opodatkowywali i rezygnowali z opłat za egzaminy, powstał też specjalny fundusz imienia księdza Zygmunta Lewickiego, zasilony pieniędzmi zebranymi pierwotnie na jego pomnik. Dzięki tym zabiegom udało się utrzymać ciągłość studiów — w całym okresie działania wydziału obroniono ponad sto dwadzieścia prac magisterskich.
Jaki wpływ na losy duchowieństwa archidiecezji wileńskiej, w tym profesorów i absolwentów miała druga wojna światowa?
Ogromny i tragiczny. Jeszcze we wrześniu 1939 r., tuż po wybuchu wojny, seminarium rozesłało wezwanie do kleryków, by jak najszybciej przyjeżdżali do Wilna — obawiano się, że działania wojenne odetną drogi dojazdu. Część kleryków, zwłaszcza z odleglejszych regionów, jak Wielkopolska, rzeczywiście już nie zdążyła. Ci, którzy dotarli — jak księża Pyrtek z Krakowa czy Jung z kieleckiego — zginęli potem w czasie wojny.
Trzeciego marca 1942 r. Niemcy zamknęli seminarium, a profesorów i alumnów uwięziono na Łukiszkach. Część musiała się potem ukrywać — jak choćby ksiądz Michał Sopoćko, który schronił się w Czarnym Borze. Jeśli spojrzeć na losy bohaterów mojej książki o Wydziale Teologicznym, to niemal wszyscy znaleźli się później w „Martyrologii duchowieństwa archidiecezji wileńskiej” — uniknęli tego losu tylko nieliczni, którzy zdołali przetrwać w ukryciu do końca wojny.
Czego mogą się spodziewać osoby, które wezmą udział w najbliższym spotkaniu z Księdzem w Wilnie?
Przede wszystkim chciałbym złożyć wyraz uznania duchowieństwu i wiernym archidiecezji wileńskiej za ich patriotyzm i poświęcenie dla ojczyzny w tych najtrudniejszych latach. Przy okazji wizyty chcę też przekazać obie moje książki do polskich szkół na Wileńszczyźnie i do innych instytucji — wiozę po kilkadziesiąt egzemplarzy każdej z nich.
Zależy mi, żeby ludzie wiedzieli, jak piękne były karty tej historii i ile było w niej poświęcenia zwykłych ludzi — bo bywały sytuacje, gdy wierni organizowali coś w rodzaju dyżurów, kolejno czuwając, by zagrożonemu księdzu nic złego się nie stało. Chciałbym też oddać hołd duchowieństwu z jeszcze wcześniejszych, carskich czasów, które — choć działało w warunkach represji — dbało o to, by dzieci przed pierwszą komunią umiały choćby czytać z książeczki do nabożeństwa.
To wszystko — zarówno historia Wydziału Teologicznego, jak i historia ratowania Żydów, jak i wojenna martyrologia duchowieństwa — składa się w moim przekonaniu na jedną wielką opowieść o tym, jak w najtrudniejszych okolicznościach Kościół na Wileńszczyźnie potrafił łączyć wierność wierze, polskości i po prostu drugiemu człowiekowi.




